Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aiden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aiden. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 listopada 2016

Od Aidena CD Sansity

Powoli podniosłem się do pozycji siedzącej i złapałem się za bolącą głowę. Było mi niedobrze, dodatkowo ten posmak piwa. Już nigdy po ucieczce nie wejdę frontowymi drzwiami. Rozejrzałem się po pokoju. Sans zniknęła. Przeanalizowałem ostatnią wypowiedź dziewczyny. Musiałem następnego dnia zmyć się z gospody. Jak z gospody to i chyba też z miasta, bo raczej nie znalazłbym drugiej kryjówki. Jeszcze straż...
Chwyciłem kubek i wziąłem parę łyków wody. Gdy go odstawiałem, do pokoju wszedł Grillby. Zmierzył pomieszczenie wzrokiem, a gdy spojrzał na mnie, spytał:
- Jak się czujesz?
- A jak myślisz? - mruknąłem.
Mężczyzna poprawił okulary, po czym przyjrzał mi się uważnie. Chwilę później uśmiechnął się trochę niepewnie.
- No - zawahał się. - Według mnie masz się lepiej niż wcześniej.
Nagle poczułem, że zbiera mi się na wymioty. Szybko zatkałem usta. Grillby wyprostował się, mówiąc cicho:
- Albo jednak nie...
Podniosłem wzrok na niego. Zakręciło mi się w głowie. Głupie piwo... Czemu alkohol mi tak szkodzi? Ledwo powstrzymując się od zwrócenia mruknąłem:
- Przynieś wiadro. Szybko.
- Już, już! - odparł Grillby, po czym wybiegł z pokoju.

Otworzyłem oczy, spoglądając na sufit. Przewróciłem się na bok. Zegar, stojący na szafce nocnej, wskazywał godzinę ósmą. Powoli podniosłem się do pozycji siedzącej i przeczesałem ręką luźno opadające włosy. Co to była za noc. Zwracałem do późna, a ból głowy i brzucha męczył mnie jeszcze przez kilka godzin. Kiedy moje myśli odeszły od tych okropnych zdarzeń, przypomniały mi się słowa Sans. No tak... Mam się dzisiaj zmyć. Związałem rzemykiem włosy, po czym wstałem, ubrałem buty i płaszcz i wyszedłem na górę.
Usiadłem przy ladzie. Po chwili stanął przede mną Grillby.
- Dzień dobry - rzekł uśmiechnięty. - Jak tam? Lepiej?
- Herbatę z cytryną oraz jakąś bułkę - powiedziałem, całkowicie olewając pytanie.
Mężczyzna westchnął i odszedł. Kilka minut później wrócił z moim zamówieniem. Zacząłem jeść bułkę, co jakiś czas popijając herbatę. Ukradkiem obserwowałem dwójkę gości siedzących niedaleko. Straż jeszcze prawdopodobnie spała, więc nie musiałem być szczególnie ostrożny. Niekiedy szukałem wzrokiem Sans. Nigdzie jej jednak nie było. Może ma co innego na głowie? Jakby się tak zastanowić, to niemal w ogóle jej nie znam. Wiem jedynie, że jest osobą władającą magią i ma gadane.
Dopiłem herbatę i odstawiłem kubek na ladę, obok pustego talerza. Wstałem i ruszyłem w kierunku wyjścia.
- Dokąd idziesz? - Usłyszałem za sobą głos Grillby'ego.
- Wczoraj Sans mówiła, żebym się stąd rano zmył - odparłem, odwracając się.
Gospodarz westchnął.
- Prawdę mówiąc, bez ciebie nie będzie już tak samo.
- Odejdę, a ty szybko o mnie zapomnisz, jak każdy.
- O tobie to niełatwo zapomnieć. - Grillby zaśmiał się. - Twoja twarz widnieje na murach, jesteś bardzo znany.
Prychnąłem i udałem się w stronę wyjścia. Po chwili jednak odwróciłem się do gospodarza.
- Masz może jakiś sztylet do oddania? - zapytałem.
Grillby uniósł brew i przestał czyścić szmatką kubek.
- A mam taki jeden - odpowiedział powoli. - Ale nie wiem, czy ci go dam.
- No weź, nie bądź taki. - Skrzywiłem się. - Co ci szkodzi? Chyba nie myślisz, że się wyda, że dałeś mi broń?
- Do kradzieży raczej nie jest potrzebny sztylet.
- Ale do samoobrony tak.
Po krótkiej wymianie zdań Grillby w końcu dał mi ten sztylet.
- Dzięki - powiedziałem krótko.
Odwróciłem się i wyszedłem z gospody. Zacząłem przenosić grawitację na budynki, dzięki czemu, odbijając się od jednej ściany do drugiej, mogłem się szybko przemieszczać.

Samochód z przyczepą z koniem zatrzymał się. Po chwili wysiadł średniego wzrostu mężczyzna i wszedł do budynku. Przyczaiłem się obok przyczepy. Nie mogłem uciekać z miasta pieszo. Najlepiej było na koniu. Poza tym, już parę razy szedłem o własnych siłach z jednego miasta do drugiego. Wiedziałem na własnej skórze, ile to trwa i jakie jest męczące. A kradzież konia nie była wcale taka trudna. Potem bym go sprzedał i miał zysk.
Rozejrzałem się, sprawdzając, czy nikt nie patrzy. Akurat byłem w części miasta, która nie była zaludniona. Oczywiście, przechodnie byli, ale niewielu. Podszedłem do drzwi od przyczepy. Nie była ona zamknięta na kłódkę. Musiałem jedynie wyciągnąć gwóźdź, który blokował drzwi. Wskoczyłem na konia. Wierzchowiec na początku wierzgał, ale w końcu poddał się. Szarpnąłem go za grzywę. Opuściłem przyczepę i galopem pognałem w stronę granic miasta. Parę osób zaczęło krzyczeć, ale i tak nie mieli szans, że mnie teraz ktoś złapie.
Zbliżałem się do końca zabudowań. Schyliłem się bardziej i kopnąłem konia w boki. Ten wierzgnął i przyspieszył. Jazda bez siodła nie była najlepsza. Jeszcze brak lejców. Granica miasta była jednak coraz bliżej. No, dalej, koniu! Jeszcze kawałek i już mnie wtedy nie złapie straż. Nagle uderzyłem o coś twardego. Coś, co było niewidzialne. Spadłem z wierzchowca na drogę. Koń pogalopował dalej, zostawiając mnie.
- Wracaj tu, ty parszywy koniu! - krzyknąłem, ale on oczywiście mnie nie słuchał.
Zrobiłem parę kroków naprzód i ponownie o coś uderzyłem. Otarłem obolały nos i położyłem rękę na tym czymś. Zaskoczony położyłem drugą. Co? Bariera?
- Chyba sobie ze mnie kpicie! - wrzasnąłem.
Przejeżdżający obok mnie samochodem mężczyzna spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami, po czym wzruszył ramionami i pojechał dalej. Podążałem wzrokiem za nieznajomym. Czyli tylko ja jestem tu uwięziony? To na pewno sprawka tej przeklętej straży. A niech ich wszystkich szlag trafi!

Wróciłem wkurzony do gospody. Zgrzytając zębami usiadłem przy ladzie. Od razu zjawił się Grillby. Spojrzał na mnie nieco zdziwiony. Otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak mu przerwałem.
- Zostaję tu jeszcze na jakiś czas - mruknąłem.
- A z jakiego powodu? - spytał gospodarz z ukrywaną ciekawością.
- Kaprys.
Wtem do gospody weszła Sans. Popatrzyła na mnie, lecz szybko skierowała wzrok na Grillby'ego. Podchodząc wesoło do nas, rzekła:
- Oj, Grillby, żałuj, że nie widziałeś tego, co ja!
Mężczyzna uśmiechnął się, trochę niepewnie.
- A co takiego widziałaś? - zapytał.
- Przechadzałam się po mieście, gdy wtem dostrzegłam Aidena. Jechał właśnie na koniu w stronę granic miasta. Postanowiłam trochę go poobserwować. - Dziewczyna zaśmiała się. - Słuchaj, jechał, jechał, i nagle bum! Uderzył o niewidzialną barierę i spadł z konia, który pojechał dalej. Jak się zezłościł! Krzyczał do wierzchowca, a ten go olał!
Sans ponownie się zaśmiała. Grillby spojrzał na mnie. Choć jego mina była z pozoru spokojna, tak naprawdę próbował powstrzymywać się od najmniejszego parsknięcia śmiechem. Zdenerwowany zmierzyłem wzrokiem białowłosą.
- Nie za wesoło ci czasem?

Sansity?
Za długo czekałaś, przepraszam. Mam nadzieję, że się podoba.

piątek, 7 października 2016

Od Aidena CD Sansity

Sans zniknęła, zostawiając mnie samego. Mocno zdenerwowany zakląłem głośno pod nosem. Zawsze w najgorszych sytuacjach muszę sobie sam radzić! A żeby tą Sans szlag trafił! Z furią kopnąłem kraty. Chwilę później skrzywiłem się, czując przeszywający nogę ból. Przygryzłem wargę i usiadłem na łóżku. Zacząłem gorączkowo myśleć. Myśl, Aiden, myśl! Musi być jakiś sposób na wydostanie się z tej gównianej sytuacji. Gdybym mógł używać magii, byłoby znacznie prościej. Rozejrzałem się po celi. W pewnej książce kiedyś przeczytałem, że sojusznik złapanego przemycił klucze. Ta, tyle że nie miałem żadnych sojuszników, a Sans przestała mi pomagać. Dodatkowo zabrali mi broń.
Wtem przypomniał mi się mój drut ukryty w bucie. Szybko go wyjąłem i podszedłem do krat. Rozejrzałem się. W pobliżu nikogo nie było. Strażnicy poszli przepić złapanie mnie. Ich radość nie będzie trwała długo.
Włożyłem drut do dziurki od klucza. Nagle zrobił się on niezwykle gorący. Zaskoczony szybko go wyjąłem i rzuciłem na ziemię. Nie chciałem dopuścić do roztopienia się drutu. Spojrzałem na nieco poparzone palce, klnąc pod nosem. Czyli tak się nie wydostanę. Cholera!
Ktoś odchrząknął. Odwróciłem się i ujrzałem Sans. Dziewczyna podeszła bliżej krat z figlarskim uśmiechem na twarzy.
- I jak tam ucieczka? - spytała.
Spojrzałem na nią chłodno. Sans zmierzyła mnie wzrokiem.
- No, no, no. Widzę, że już uciekłeś.
- Naprawdę przybyłaś tu tylko po to, by się ze mnie ponaśmiewać? - spytałem.
- Nie tylko.
Sans sięgnęła ręką do kieszeni, z której po chwili wyciągnęła kółko z brzęczącymi kluczami. Podszedłem szybko do krat. Chciałem je złapać, jednak dziewczyna zabrała je sprzed mego nosa.
- Oj, oj, co tak niespodziewanie? - zaśmiała się, machając kluczami.
- Daj mi je - wycedziłem, próbując je złapać bez skutku.
- Matka cię nie nauczyła magicznego słowa?
Przygryzłem dolną wargę.
- Proszę.
- Hm? A o co...
- Proszę, daj mi te klucze! Matka nie wpajała ci wiedzy? Każdy głupi by wiedział, o co mi chodzi!
- I każdy głupi by wiedział, że nie należy pomagać osobom łamiącym prawo. Gdybyś znalazł jakąś pracę, a nie zajął się kradzieżą, to byś nie był teraz w areszcie.
Prychnąłem. Miałem już dość jej gierek i odzywek. Choć ja byłem wściekły, Sans najwidoczniej dobrze się bawiła. Ciekawe, co by było, gdyby się role odwróciły?
- Kim jesteś? - spytał ktoś nagle.
Obydwoje spojrzeliśmy na zmierzającego w naszą stronę strażnika. Zrobiłem dwa kroki do tyłu i schyliłem nieco głowę, przez co grzywka zakryła moje oczy. Strażnik zatrzymał się przy Sans, która ze stoickim spokojem wpatrywała się w niego.
- Kim... Kim pani jesteś? - ponowił mężczyzna pytanie, tym razem jednak jego głos był nieco ściszony z nutą nieśmiałości.
Zmierzyłem go wzrokiem. Wtedy coś mi zaczęło świtać. Postura, wyraz twarzy, mowa... Nie ma bata, to musiał być tamten chłopak, którego jakiś czas temu spotkałem. Pan nowy i jego d-dukanie. Sans spojrzała na mnie, po czym na strażnika i powiedziała:
- Znalazłam te klucze i chciałam je zwrócić. A z tym złodziejem po prostu przeprowadzałam małą kłótnię.
Dziewczyna dała chłopakowi klucze i uśmiechnęła się. Tamten podziękował, drapiąc się po karku.
- Czy zna pani może tego złodzieja? - spytał po chwili.
,,Tego złodzieja"? Czyli już dla niego nie jestem panem?
- Nie - odparła krótko Sans. - Po prostu zaczepił mnie, gdy szukałam kogoś, komu mogłabym dać klucze. Na szczęście nic się takiego nie stało. - Uśmiechnęła się nieco szerzej. - Ja już będę iść. Do widzenia.
Dziewczyna odeszła, machając na pożegnanie. Chłopak spojrzał na klucze. Teraz moja kolej na przedstawienie.
Upadłem na kolana, jednocześnie łapiąc się za serce. Skrzywiłem się mocno, przygryzając wargę. Strażnik zmierzył mnie wzrokiem.
- Wszystko w porządku? - zapytał nieco zaniepokojony.
Przewróciłem się na bok i skuliłem się. Zmrużyłem oczy, ukradkiem patrząc, jak chłopak gorączkowo otwiera drzwi celi i podbiega do mnie. Rozluźniłem mięśnie, udając omdlenie.
- Halo, słyszysz mnie? - wołał strażnik, potrząsając mną dość mocno.
Odliczyłem do trzech, po czym uderzyłem go pięścią w policzek.
- Nie można trząść mocno osobą, która właśnie zemdlała - mruknąłem.
Chłopak odsunął się, a wtedy kopnąłem go w brzuch. Szybko podniosłem się na równe nogi. O dziwo, strażnik wstał z większą łatwością niż przewidywałem. Czyżby bariera neutralizująca ból straży? Zakląłem pod nosem. Nie tracąc ani chwili, opuściłem celę i rzuciłem się do ucieczki. Obejrzałem się za siebie. Młody był szybki i doganiał mnie. Jego mina nie była już taka nieśmiała. Spojrzałem na wyjście z aresztu. Nagle tuż przed nim pojawił się ten sam strażnik. Chłopak stanął szeroko na nogach i uderzył pięściami o podłogę. Całe wnętrze aresztu zostało pokryte lodem. Zrobiło się zimno. Poślizgnąłem się, a następnie upadłem na plecy. Czułem, jak cienka powłoka lodu zaczynała powoli pokrywać moje ciało.
- Nie uciekniesz mi - powiedział poważnie strażnik, podchodząc do mnie.
Szybko rozejrzałem się dookoła. Lód, lód... tylko gdzie jakieś wsparcie? Nie, on mnie wcale nie złapie! Nic jednak nie przychodziło mi do głowy. Nagle coś gruchnęło o podłogę. Odwróciłem głowę i spojrzałem na strażnika, który leżał na lodzie skrzywiony.
- Czemu lód jest śliski? - mruczał pod nosem.
Wykorzystując nagły zwrot akcji próbowałem wstać. Nie było łatwo, ale stanąłem na nogach szybciej od chłopaka. Wykonałem lekki wślizg i starając się utrzymać równowagę przejechałem obok strażnika. Będąc już na zewnątrz poczułem szarpnięcie. Odwróciłem głowę. Młody brunet trzymał kurczowo mój płaszcz, którego koniec był zamrożony. Chciałem się jakoś wyrwać. Ostatecznie wyślizgnąłem się z płaszcza i odbiegłem od niego. Z racji, że byłem już poza aresztem (co oznaczało, że mogłem już używać mocy), przeniosłem grawitację płaszcza na siebie. Mimo sprzeciwu od strony strażnika, wyleciał on z jego rąk i trafił do moich. Założyłem go i odbijając się od jednego budynku do drugiego wróciłem do gospody.

Na dworze było już całkiem ciemno. Spojrzałem na swoje ubranie. Buty i pół płaszcza były pokryte lodem, któremu jakoś nie chciało się topić. Zakląłem cicho, po czym spojrzałem na wejście do gospody. Poprawiłem kaptur spoczywający na mojej głowie, a następnie wszedłem do środka. Zatrzymałem się nagle, widząc siedzących przy jednym stoliku gości ze straży. Musieli tutaj przyjść świętować? Po chwili jednak westchnąłem. Wszyscy ze straży wyglądali na nieźle upitych. Rozmawiali głośno o różnych mało ważnych sprawach, co chwilę popijając piwo. Szybko przemknąłem się obok gości. Nagle ktoś złapał mnie za ramię. Zaskoczony spojrzałem na mężczyznę w mundurze o lekkim ciemnym zaroście. Rozpoznał mnie?!
- Może chciałby pan z nami się napić? - spytał strażnik, uśmiechając się szeroko.
- Nie - odparłem chłodno.
W duchu odetchnąłem z ulgą. Ma mnie za zwykłego obywatela. Alkohol naprawdę szkodzi...
- Nalegam! - Mężczyzna posadził mnie na wolnym krześle i podał kubeł z piwem.
Spojrzałem na białą pianę i skrzywiłem się.
- Pij, pij! - krzyknął ktoś.
- Nie. - Pokręciłem głową.
Wtem jeden ze strażników siłą wlał mi zawartość kubła do usta. Część połknąłem, resztę wyplułem. Mężczyzna siedzący obok poklepał mnie po plecach. Wszyscy nakazali mi wypić do dna. Po jakimś czasie niepewnie opróżniłem kubeł. Oczywiście, nie mogło to się dla mnie dobrze skończyć. Po kilku łykach alkoholu bolał mnie brzuch, a co dopiero po wypiciu całego kubła. Strażnicy napełnili piwem mój kubeł i zachęcili do picia. Tym razem uparcie odmawiałem. Nie chcę jutro wąchać kwiatków od spodu.
Do gospody weszła dziewczyna. Była to oczywiście Sans. Rozejrzała się i podeszła do baru. W ogóle mnie nie zauważyła. Zastanawiałem się, jakim niby cudem, skoro byłem na czarno ubrany, w dodatku otoczony przez większych ode mnie mężczyzn w mundurach. Po krótkiej rozmowie z Grillbym Sans odwróciła się i zmierzyła straż wzrokiem. Chwilę później spojrzała na mnie. Ściskany przez jakiegoś dryblasa, z bolącym brzuchem i niesmakiem po piwie posłałem jej chłodne spojrzenie. Dziewczyna o mało nie zachłysnęła się wcześniej zamówionym napojem. Czy będzie na tyle miła, by mi jakoś pomóc? Czy może jednak po całej akcji będzie się zwijać ze śmiechu, podczas gdy ja będę zwracał?

Sansity?
Wybacz, że tak długo...

sobota, 17 września 2016

Od Aidena CD Sansity

Podniosłem głowę i rozejrzałem się. Znajdowałem się w śmietniku. Wokół unosiła się nieprzyjemna woń, która drażniła mój nos. Nikogo prócz mnie nie było w okolicy. Postanowiłem więc jak najszybciej wydostać się z tego okropnego miejsca. Wstałem i powoli zacząłem wychodzić ze śmietnika. Nagle mój płaszcz o coś zahaczył, przez co straciłem równowagę i runąłem na ziemię. Zakląłem cicho. Wstając wziąłem do ręki leżącą na mym brzuchu skórkę od banana, którą następnie rzuciłem przed siebie. Akurat wtedy pojawiła się Sans, która nią oberwała.
- No wiesz, co? - zapytała zniesmaczona. - Ja ci tu ratuję tyłek, a ty mi się tak odwdzięczasz? Mógłbyś chociaż podziękować.
Stanąłem do niej bokiem i odwróciłem głowę, spoglądając gdzieś w dal. Za taki ratunek to ja nie będę dziękował. Dziewczyna patrzyła na mnie z założonymi rękami, oczekując odpowiedzi. Po jakimś czasie odezwałem się:
- Mam ci dziękować za wrzucenie mnie do śmieci?
- Ja tylko pokazałam ci, gdzie twoje miejsce - burknęła Sans.
Wyciągnąłem z kieszeni sztylet. Dziewczyna spojrzała na mnie z politowaniem i prychnęła.
- Proszę cię, przecież nie masz ze mną żadnych szans.
Rzuciłem sztyletem w jej stronę. Sans wykonała szybki unik. Broń przebiła dość sporego szczura, czyhającego za białowłosą.
- Ale chyba nie chcesz zarazić się jakimś cholerstwem od tych gryzoni, nie? - mruknąłem.
Dziewczyna patrzyła, jak podchodzę do martwego szczura i zabieram sztylet. Szybkim ruchem schowałem go do kieszeni i spojrzałem na Sans.
- Mogłabyć teleportować nas do gospody? - zapytałem trochę niechętnie. - Chciałbym jak najszybciej pozbyć się tego smrodu. - Zmierzyłem wzrokiem swoje ubranie.
- Jasne - odparła Sans.

Włożyłem zakładkę między kartki książki, którą następnie odłożyłem na bok. Od wpadki ze śmietnikiem minął tydzień. Przez ten czas prawie w ogóle nie ruszałem się z mojego pokoju. Wolałem na jakiś czas skończyć z przyjacielskimi zabawami ze strażą. Raz oni odwiedzili gospodę. Mieli w szeregach gościa, który wyczuwał magię, przez co musiałem wyjść na jakiś czas. Na szczęście nie znaleźli mnie.
Kurowanie umilałem sobie czytając książkę. Nie była ona zbytnio ciekawa. Rzadko kiedy do pokoju wpadała Sans, oczywiście tylko na chwilę.
W końcu po półtora tygodnia noga była niemal całkiem uleczona. Dłuższe bieganie sprawiało mi trudność, ale z mocą nie powinno być źle.
Założyłem buty oraz płaszcz i poszedłem na górę. Ludzi jak zwykle nie było zbyt wiele. Usiadłem przy barze i podparłem brodę ręką. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, iż obok mnie siedzi Sans. Dziewczyna spojrzała na mnie i uśmiechnęła się.
- Czyli rana już całkiem zagoiła się? - spytała.
- Można tak powiedzieć - odparłem ponuro.
- Hej, Aiden! - rzekł wesoło Grillby, podchodząc do lady. - Jak tam noga?
Podniosłem na niego wzrok.
- Lepiej.
- To dobrze. A nie zanudziłeś się tam w pokoju?
- Nie.
No tak. Zwykle nie potrafiłem zbyt długo usiedzieć w jednym miejscu. Tym razem jednak postawiłem zdrowie na tak zwanej złotej półce.
- Może coś do picia? - zaproponował Grillby.
- Herbatę - odpowiedziałem.
- Już się robi!
Mężczyzna odszedł. Sans pociągnęła łyk jakiegoś napoju ze swego kubka.
- No, Aiden. Dzięki temu, że zostałeś, straż nieco zmniejszyła patrole. Choć znalazło się wśród nich więcej osób władających magią, mają nadzieję, że uciekłeś z miasta. Jak jeszcze trochę tu posiedzisz, to będziesz niemalże bezpieczny.
- Naprawdę? - spytałem od niechcenia.

Sansity?
Nie najlepsze, ale cóż...

sobota, 3 września 2016

Od Aidena CD Sans

Sans zniknęła, zostawiając nas samych. Grillby spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko.
- No, teraz na jakiś czas jesteś tu uziemiony - powiedział. - Miejmy tylko nadzieję, że straż cię nie wyłapie.
Popatrzyłem na nogę owiniętą bandażami, przypominając sobie słowa Grillby'ego: ...naucz się jej ufać, to przeżyjesz.
- Dzisiaj nikomu nie można tak po prostu zaufać - mruknąłem.
- Ale Sans nie jest taka, jak ci się wydaje - odparł brunet.
- Przeszłość ukształtowała we mnie nieufność i nikt jej nie usunie.
- Czyli mi też nie ufasz? - Mężczyzna uniósł brew.
Nie odpowiedziałem. Położyłem się na łóżku i zacząłem wpatrywać się w sufit. Grillby przez chwilę mi się przyglądał, aż w końcu westchnął i wyszedł z pokoju. Zaufać Sans... Jak na razie nie mam powodu, by to robić.

Minęły trzy dni od bójki. Miałem dość bezczynnego leżenia na łóżku. Choć Grillby przyniósł mi jakąś książkę, to i tak się nudziłem. Ciągle męczyła mnie myśl, że w każdej chwili może tu wtargnąć straż. Zawsze, gdy ktoś otwierał drzwi (a był to za każdym razem gospodarz), zrywałem się niczym poparzony, co kończyło się bólem w łydce.
Powoli podniosłem się do pozycji siedzącej i spojrzałem na drzwi. Zakląłem cicho pod nosem i wstałem. Noga nie bolała tak bardzo jak kilka dni temu, ale nadal mogłem przemieszczać się jedynie lekko kuśtykając. Założyłem buty oraz płaszcz, który niemal zawsze mi towarzyszył, po czym powlokłem się na salę główną. Najgorsza była wędrówka po schodach. Po kilku minutach byłem na miejscu. Usiadłem przy wolnym stoliku i spuściłem lekko głowę, rozglądając się. Gości było niewielu. Parę stołów dalej gospodarz rozmawiał z jakimś mężczyzną. Nagle brunet spojrzał w moją stronę. Odwróciłem głowę.
- Nie powinieneś się kurować? - usłyszałem czyiś głos.
Podniosłem wzrok na stojącego tuż przede mną Grillby'ego.
- Czuję się lepiej - odpowiedziałem. - Poza tym...
Wtem obok nas pojawiła się Sans. Jej szeroki uśmiech zmalał, gdy tylko mnie zobaczyła.
- Chyba dla kogoś ranna łydka to za mało - rzekła.
- Ciągle mnie trapiła myśl, że mnie straż dopadnie - powiedziałem.
- Spoko, tyle że tutaj jesteś bardziej na to narażony.
- Nie mogę ciągle siedzieć w jednym miejscu...
- Ta, od razu idź coś ukraść albo spotkaj się ze strażą. Tylko nie zapomnij przysłać pocztówki z więzienia!
Prychnąłem. Zdenerwowany wstałem i ruszyłem w stronę swego pokoju. Sans tylko ciężko westchnęła.

Usiadłem na łóżku i odczekałem parę minut, a następnie opuściłem pokój. Wszedłem po schodach najciszej jak mogłem. Z pomocą grawitacji dostałem się na piętro. Ponownie włamałem się do jednego z gościnnych pokoi, po czym wydostałem się z niego przez okno. Zszedłem po ścianie na ziemię i powoli, by się nie nadwyrężać, ruszyłem przed siebie z kapturem na głowie. Minąłem parę ulic. Nagle kątem oka dostrzegłem coś na ścianie. Zatrzymałem się i spojrzałem na list gończy z moją podobizną. Jestem sławny... Co tak późno?
- Em... przepraszam.
Odwróciłem się i popatrzyłem na młodego chłopaka. Tamten przyjrzał mi się, po czym jego wzrok powędrował na list gończy i z powrotem na mnie. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nieznajomy ma na sobie mundur typowi dla straży. Cholera! Chciałem uciekać, jednak ból uniemożliwiał mi. Podniosłem wzrok na młodzieńca o przepraszającym wyrazie twarzy i nieco skrępowanej posturze.
- Ja... - zaczął. - Ja muszę pana aresztować, jest pan bowiem poszukiwany.
- Słucham? - spytałem ponuro.
- Jestem ze straży... i... i moim o-obowiązkiem jest aresztowanie p-pana. - Spojrzał na swe buty. - Dzięki temu może... m-może dostanę pochwałę... i...
Miałem kategorycznie dość tego gościa i jego d-dukania. Odbiło im, że taką osobę wzięli do straży? Przyjrzałem się chłopakowi, który robił wrażenie, jakby go bardziej interesowały buty. Wzruszyłem ramionami, po czym zacząłem powoli oddalać się. Ostatecznie jak gdyby nigdy nic wróciłem do gospody, upewniając się wcześniej, czy nikt mnie nie śledzi. Schodząc po schodach do piwnicy natknąłem się na Sans wychodzącą z mojego pokoju.
- I gdzieś ty był znowu? - spytała spokojnie, choć można było od niej wyczuć nutę gniewu.
- W toalecie - skłamałem bez problemu.
- W płaszczu?
- Nie chciało mi się go ściągać. - Zmrużyłem lekko oczy.

<Sans?> Lekki brak weny, ale starałam się.

środa, 31 sierpnia 2016

Od Aidena CD Sansity

- Jasne, jasne - odparłem ponuro.
Wtem ktoś wpadł na mnie. Odruchowo stanąłem na lewą nogę, co skończyło się bólem. Zakląłem cicho i spojrzałem na małego chłopca, który zadarł głowę do góry i przyjrzał mi się.
- Przepraszam, nie... - zaczął, lecz mu przerwałem.
- Tutaj przepraszam nie pomoże. - Zmrużyłem oczy. - Dzisiaj nie jestem w nastroju.
Już się szykowałem do wyciągnięcia sztyletu, jednak Sans przejrzała me zamiary i czym prędzej szturchnęła mnie mocno łokciem w bok. Popatrzyłem na nią złowrogo. Po chwili wiedziałem, o co jej chodzi. Prychnąłem i odwróciłem głowę w stronę dzieciaka.
- Masz jednak szczęście - mruknąłem. - Ale patrz pod nogi, bo następnym razem nie będę taki miłosierny.
Dzieciakowi zakręciły się łzy w oczach. Przygryzł wargę i uciekł. Ja i Sans ruszyliśmy dalej.
- Tak ci spieszno do grobu? - zapytała białowłosa.
- Sama widziałaś tego dzieciaka - odparłem.
- Ale nie pomyślałeś, że to może się dla ciebie gorzej skończyć?
Milczałem. W sumie ma rację. Nie chcę jeszcze trafić za kraty ani tym bardziej wąchać kwiatki od spodu.
- Masz rację - przyznałem niechętnie. - Nienawiść do tych bachorów wzięła górę. Następnym razem będę panował nad sobą.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko. Skręciliśmy na kolejną ulicę. Szliśmy na uboczu, by za bardzo nie rzucać się w oczy. Mimo to przechodnie spoglądali na nas z zaciekawieniem. Gdy mój wzrok spotkał się ze wzrokiem jakiegoś mężczyzny, spuściłem głowę. Grzywka przysłoniła moje oczy. Nikt nie może teraz mnie rozpoznać.

Bez większych przeszkód dotarliśmy do gospody. Ludzie jakoś mnie nie rozpoznali. Stanęliśmy przed tylnymi drzwiami. Zmierzyłem je wzrokiem. Czy kiedykolwiek wejdę do środka głównym wejściem?
- No, wreszcie jesteśmy na miejscu - rzekła zadowolona Sans. - Myślałam, że jak będziemy się tam wlec, to do jutra nie dojdziemy. Na szczęście słońce dopiero zaczęło zachodzić.
Weszliśmy do środka. Akurat na tyłach był Grillby. Co za pech... Nie możemy tak po prostu przemknąć się niezauważeni. Brunet od razu nas zauważył. Poprawił okulary i przyjrzał nam się.
- Co się stało? - spytał zdziwiony.
- Bawiliśmy się z pewnymi kolesiami - odpowiedziała spokojnie Sans. - To nic takiego.
- Nic takiego? Przecież dobrze widzę, że Aiden ledwo trzyma się na nogach. Powiedzcie, co się dokładnie stało.
- Mieliśmy małą potyczkę z pewnymi przydupasami - odparłem. - Jeden z nich wbił mi sztylet w lewą łydkę. Wystarczy?
Grillby westchnął.
- Idźcie do pokoju, ja przyniosę rzeczy do opatrzenia ran.

<Sans?> Opowiadanie trochę biedne, przepraszam...

niedziela, 28 sierpnia 2016

Od Aidena CD Sansity

Zlustrowałem Sans, która spokojnie oczekiwała mej odpowiedzi. Nie podobało mi się to, co wymyśliła. Chociaż z drugiej strony to ja się wpakowałem. Walka? Bez broni? Przygryzłem wargę. Po chwili namysłu niechętnie odparłem:
- Niech ci będzie, pobiję się z nimi.
Sans uśmiechnęła się lekko. To samo zrobili tamci napastnicy. Pewnie cieszyli się, że będą mogli mi nakopać.
- Ale wpierw daj mi chociaż jakiś sztylet - dodałem.
- A nie poradzisz sobie bez niego? - spytała dziewczyna, unosząc brew do góry.
- Bójka z tymi debilami byłaby niesprawiedliwa, gdyby oni mieli broń, a ja nie.
- Nazwałeś nas debilami, kurduplu? - spytał jeden z tamtych kolesi, który trzymał mnie.
Mężczyzna przystawił nóż do mojej szyi. Zmierzyłem ostrze wzrokiem, po czym powiedziałem obojętnie:
- Tym tępym nożem to najwyżej połaskoczesz mnie.
Facet nadciął mi lekko skórę. Z drobnej rany wypłynęła mała strużka krwi.
- Dobra, chłopaki, spokojnie - rzekła w końcu Sans. - Po co narażać się? Załatwię ci ten sztylet, Aiden.
Dziewczyna pstryknęła palcami i przeniosła nas na obrzeża miasta. Mężczyźni rozejrzeli się nieco zaskoczeni. Zmierzyłem wzrokiem wszystkie budynki i drzewa znajdujące się w pobliżu. Powinno wystarczyć. Białowłosa zniknęła, a po chwili wróciła ze sztyletem w dłoni.
- No, to teraz chodź i go sobie weź - rzekła zadowolona.
Prychnąłem i z całej siły nadepnąłem na stopę trzymającego mnie dryblasa. Gdy ten nieco rozluźnił ścisk, szybko wyślizgnąłem się i podbiegłem do Sans. Wyrwałem z jej ręki broń i odwróciłem się w stronę kolesi.
- Powodzenia - powiedziała dziewczyna, oddalając się.
Nie odpowiadając, zacząłem biec w stronę napastników. Jeden z nich, stojący na przodzie, zamachnął się nożem. Ku jego zdziwieniu prześlizgnąłem się między jego nogami, jednocześnie raniąc sztyletem jedną z nich. Mężczyzna syknął, po czym głośno zaklął i upadł. Czyli jednak to banda słabeuszy. Wstałem i szybko odskoczyłem od kolejnego, który podbiegł do mnie. Spojrzałem na drzewo rosnące za nim. Skoczyłem i przeniosłem swoją grawitację na pień, równocześnie nasilając ją. Odbiłem się od drzewa i, przelatując z zawrotną prędkością obok napastnika, nadciąłem mu bok. Kolejny ranny. Nagle tuż przede mną wyskoczył nieco gruby, łysy koleś. Wpadłem na niego i wylądowałem na ziemi. Łysol machnął nożem. Szybko zrobiłem unik, aczkolwiek ostrze nadcięło mi prawy policzek.  Z pomocą mocy skoczyłem na drzewo i spojrzałem na Sans, która z oddali obserwowała całą bójkę. Ona to ma najlepiej. Ech... Podskoczyłem i przeniosłem grawitację na grubasa, nasilając ją. Podleciałem do niego i kopnąłem mocno w brzuch. Tamten o mało nie zwymiotował. Zrobiłem salto w tył i wylądowałem na ziemi. Spojrzałem chłodno na mężczyznę, który kurczowo trzymał swój brzuch i powstrzymywał się od zwrócenia.
Nagle poczułem ogromny ból w lewej łydce. Cholera! Zlustrowałem rudowłosego, młodego chłopaka, który właśnie wbił sztylet w moją nogę. Tamten wyciągnął broń i szykował się do zadania kolejnego ciosu, jednak w ostatniej chwili odskoczyłem w bok. Dotknąłem rudzielca. Po chwili chłopak przyległ do drzewa, nie mogąc się ruszyć. Podszedłem do niego, lekko kuśtykając i wbiłem sztylet w jego prawą pierś. Wtem za mną pojawił się jego kumpel. Odwróciłem się. Nagle koleś podleciał do innego drzewa, uderzył mocno w pień i upadł. Nieco zaskoczony spojrzałem na Sans, która właśnie opuszczała rękę. Czyli to jej sprawka? Mogłaby chociaż więcej zrobić. Ech, kobiety. Odwróciłem się i zdziwiony rozejrzałem się po okolicy. Prócz nas i dwóch napastników nie było nikogo. Westchnąłem, puszczając rudzielca, który opadł na ziemię. Dziewczyna ze stoickim spokojem podeszła do mnie.
- No, całkiem nieźle - rzekła. - Ale musisz popracować nad refleksem.
- Gdybyś mnie w to nie wplątała albo chociaż pomogła, to by się tak nie skończyło - odparłem.
Syknąłem z bólu, gdy tylko stanąłem na lewą nogę. Podniosłem ją lekko do góry.
- Sam się w to wplątałeś, to po pierwsze. - Dziewczyna nieco się skrzywiła.
- A po drugie? - spytałem jakby od niechcenia.
- Oczekujesz pomocy od dziewczyny? Tak postąpiłby tylko jakiś dzieciak.
Sans zmierzyła mnie wzrokiem i uśmiechnęła się złowieszczo.
- Chociaż jak tak patrzę na ciebie...
- Zamknij się - wycedziłem.
Odwróciłem się i kuśtykając podszedłem do nieprzytomnego rudzielca. Podniosłem leżący obok niego sztylet i schowałem do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
- Teraz przydałoby się wrócić do gospody - mruknąłem.
- Chcesz, abym nas przeniosła tam, czy wolisz dalej zwiedzać? - spytała spokojnie Sans.
- A jak myślisz?
Odwróciłem się i spojrzałem na białowłosą, która udawała zamyślenie.
- Tym razem idź za mną i nie zatrzymuj się. Nie chcę kolejnych kłopotów - odparła po chwili.
- Nie chcę mieć kolejnych kłopotów, hę? Przez całą bójkę jedynie stałaś sobie na uboczu i przyglądałaś się.
- Przecież ci pomogłam, nie pamiętasz? Gdybym nie ja, to teraz byś już nie mógł nawet stać. Powinieneś mi podziękować.
Przewróciłem oczami.
- Dzięki za opóźnioną pomoc. Zadowolona? Poza tym jak mam niby przejść pół miasta w takim stanie?
Aż mi się przypomniała pewna potyczka ze strażą. Tyle że miałem o dwie rany więcej.

<Sans?> Nieco przesadziłam, przepraszam...

wtorek, 23 sierpnia 2016

Od Aidena CD Sansity

Rozejrzałem się po okolicy. Staliśmy właśnie obok drogi, między domkami. Z jednej strony zaczynało się miasto, z drugiej zaś pola uprawne. Spojrzałem na Sans, która z nieco dziwnym uśmieszkiem stała, jakby zamyślona. Skoro ona może używać mocy, to ja raczej też. Podniosłem z ziemi niewielki, szary kamyk. Zmierzyłem go wzrokiem, a po chwili rzuciłem gdzieś na drogę. Wystawiłem rękę i skupiłem się. Na początku nic się nie działo, lecz gdy chciałem się już poddać, kamień przyleciał i przywarł do mej dłoni. Czyli działa. Przyjrzałem się Sans.
- Mam pytanie - powiedziałem.
- Hm? - Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na mnie pytająco.
- Jakie masz jeszcze inne moce prócz teleportacji?
Sans stała spokojnie, choć na jej twarzy dostrzegłem cień zaskoczenia. Białowłosa podparła ręką podbródek, w zamyśleniu. Po chwili z lekkim uśmiechem na twarzy odparła:
- Dowiesz się, jak mnie mocno zdenerwujesz.
- To od czego by tu zacząć...
Dziewczyna otworzyła nieco szerzej oczy.
- Ty tak na serio?
- Oczywiście, a czego się spodziewałaś? - Uniosłem brew do góry, jak to robią zwykle ludzie.
- Ja bym na twoim miejscu nie wywoływała wilka z lasu.
Zmrużyłem oczy. No, może trochę racji ma. Nie mam broni, poza tym w pobliżu jest mało budynków,  ewentualna ucieczka jest niemożliwa.
- No dobra, sprawdzę to kiedy indziej - powiedziałem po chwili. - Tak w ogóle, gdzie się znajduje gospoda Grillby'ego?
Sans słysząc to pytanie uśmiechnęła się lekko.
- A, niedaleko, ale spokojnie, w każdej chwili mogę nas...
- Aha - przerwałem jej. - W takim razie przejdziemy się.
Ruszyłem w stronę miasta. Gdy zauważyłem, że Sans nie idzie za mną, zatrzymałem się i odwróciłem się do niej, pytając:
- Idziesz?
- Tak - odparła dziewczyna, doganiając mnie. - Tylko wiesz, może straż przestała się za mną uganiać, ale ty nadal jesteś poszukiwany.
- Póki jestem z tobą, nic mi się nie powinno stać.
- To czy nie lepiej będzie, jeśli nas przeniosę magią? Będzie o wiele szybciej.
- Chcę poznać te tereny, aby następnym razem się nie zgubić.
Zarzuciłem na głowę kaptur. Wraz z Sans udaliśmy się do miasta.

- Wybrałam dłuższą drogę, na około, jakby co - rzekła Sans. - W końcu chciałeś poznać miasto.
- Jasne - odparłem. - Nigdzie mi się nie spieszy.
Dziewczyna szła z przodu spokojnym, spacerowym krokiem. Dłonie miała schowane w kieszeniach swej niebieskiej, chyba za dużej, bluzy. Zgrabnie wymijała stojących na jej drodze przechodniów. Ja cały czas podążałem za nią, również z rękami w kieszeniach i twarzą nieco przysłoniętą przez kaptur i jego cień. Uważnie przyglądałem się wszystkiemu, choć ludzie nieco przysłaniali mi widok. Nagle kątem oka dostrzegłem coś błyszczącego na wąskim przejściu między dwoma budynkami. Zatrzymałem się i przyjrzałem się tej rzeczy. Był to złoty pierścień. Od razu przypomniał mi się tamten, który straciłem.
- Ej, Sans - powiedziałem.
Dziewczyna zatrzymała się i spojrzała na mnie. Po chwili podeszła bliżej, pytając:
- O co chodzi?
Ruchem głowy wskazałem jej samotnie leżący pierścień. Sans popatrzyła na niego lekko zawiedziona.
- Przecież to tylko... - przerwała i zmierzyła mnie wzrokiem. - Słuchaj, wiem, co zamierzasz zrobić. Nie pomyślałeś jednak, że to może być pułapka?
- Pomyślałem - odparłem. - Ale co, jeśli to nie jest pułapka?
- Ta, a ten pierścień przypadkiem znajduje się na środku tej wąskiej uliczki.
- Wszystko jest możliwe. A nawet, gdyby to była pułapka, to bym uciekł.
- A co, gdyby cię złapali?
- Wtedy ty byś mi pomogła.
Dziewczyna nieco skrzywiła się.
- A co by było, gdybym jednak ci nie pomogła?
Spojrzałem na nią obojętnie.
- Co, czyli te dwa czy trzy razy, kiedy mi pomogłaś, to były po prostu przypadki?
Sans milczała. Skierowałem wzrok na pierścień i powoli ruszyłem w jego stronę. Niedawno mówiła, że przydam jej się jeszcze. Oby się nie rozmyśliła.

<Sansity?> Aiden chyba lubi wplątywać się w tarapaty...

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Od Aidena CD Sansity

Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- No nic, ja już będę zmykać - powiedziała.
- Jasne - odparłem.
Jakby mnie to interesowało...
Sans uśmiechnęła się lekko, po czym odwróciła się i zniknęła. Ściągnąłem swój płaszcz, który powiesiłem na haczyku obok drzwi. No, to chyba do wieczora nie będę mógł stąd wyjść. Chciałem być wolnym jastrzębiem, a obecnie czuję się, jak zamknięty w klatce kanarek. Spojrzałem na leżące na niewielkim stoliku małe lusterko. Po chwili wziąłem je do ręki i postawiłem na szafce nocnej. Usiadłem na łóżku. Przyjrzałem się swojemu odbiciu. Postanowiłem spróbować zrobić tak, jak radziła Sans, choć nie do końca wiedziałem, jak, co i gdzie związać. Po krótkim namyśle przeszedłem do działania.

Zdenerwowany prychnąłem i odłożyłem rzemyk na szafkę, po czym ciężko opadłem na łóżko. Zdmuchnąłem kosmyk włosów sprzed oczu. Może i miała nie najgorszy pomysł z tym wiązaniem, ale jak tu zrobić z moich włosów warkoczyk? Prędzej wyszedłby mi z tego mały kok. Po jakimś czasie podniosłem się do pozycji siedzącej i spojrzałem na zegar. Czas mijał, a Sans nadal nie przychodziła. Skierowałem wzrok na błyszczący w świetle świecy pierścień. Chciałem się go jak najszybciej pozbyć. Miałem wrażenie, że jeśli go dziś nie sprzedam, to wpakuję się w kolejne tarapaty. Nie mogę dłużej czekać. Włamię się do jednego z pokojów i wyjdę przez okno. Powinno zadziałać.
Wziąłem rzemyk do ręki i związałem włosy. Owinąłem pierścień kawałkiem szmatki. Schowałem go do kieszeni płaszcza, który następnie ubrałem.
Wyszedłem z pokoju i udałem się na piętro z pokojami. Wyciągnąłem z buta drut i otworzyłem jedne z drzwi. Wszedłem do środka i podszedłem do okna. Tak, jak przemyślałem, pokój ten był na tyłach gospody. Otworzyłem okno, po czym wychyliłem głowę i rozejrzałem się. Nikogo nie było na zewnątrz prócz trójki małych bachorów. Skorzystałem z tej okazji i wyszedłem przez okno. Dzięki mocy z łatwością dostałem się na dach. Wziąłem rozbieg, po czym skoczyłem na drugi budynek. W ten sposób zacząłem się przemieszczać.

Wyszedłem z mniejszej uliczki i udałem się w stronę jubilera, który był już niedaleko. Poprawiłem kaptur na głowie. Nagle ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłem się i odskoczyłem od osoby, która okazała się być Sans..
- Nie strasz mnie, dobra? - zapytałem, patrząc na uśmiechniętą dziewczynę.
- Och, weź, nie denerwuj się - odparła. - Poza tym, wcześniej mówiłeś, że wolisz żyć, chyba że się mylę?
- Nie będę siedział zamknięty w jakiejś piwnicy przez tyle czasu. Chcę też jak najszybciej sprzedać ten pierścień i zarobić.
Wyciągnąłem z kieszeni pierścień, a następnie odwinąłem go i przyjrzałem mu się. Nagle ktoś mnie mocno szturchnął. Zachwiałem się, o mało nie upadając, a moja zdobycz wypadła mi z ręki i potoczyła się gdzieś w bok, znikając z mojego pola widzenia. Zaskoczony spojrzałem w stronę, gdzie po raz ostatni widziałem pierścień. Po chwili zmrużyłem oczy i głośno zakląłem.
- No i po kasie - rzekła spokojnie Sans.
- Wcale nie - odparłem.
Wyciągnąłem rękę i skupiłem całą moją moc. Stałem tak w bezruchu i czekałem, aż pierścień po wpływem zmienionej grawitacji przylgnie do mojej dłoni. Szybko ją jednak opuściłem, gdy podszedł do mnie mężczyzna w mundurze. Brunet uśmiechnął się podle i pokazał pierścień, pytając:
- Tego szukasz?
Wyminąłem strażnika i zacząłem biec. Super, jeszcze tylko tego mi brakowało. Wbiegłem po ścianie na dach, gdzie już stała Sans.
- A mogłeś jednak nie wychodzić - rzekła z lekkim uśmiechem na twarzy. - Tak w ogóle, spójrz na swój płaszcz.
Spojrzałem w dół. Dolna część mojego płaszcza płonął. Cholera! Szybko go ściągnąłem i butem zgasiłem ogień. Czyżby magia ognia? Zmierzyłem wzrokiem płaszcz i skrzywiłem się. Dół jest nieco spalony, ale przeżyje. Założyłem go i strzepnąłem brud. Podniosłem wzrok na Sans, która patrzyła na mnie wyczekująco. Otworzyłem usta w celu podziękowania jej, lecz zamknąłem je i wykrzywiłem w grymasie. Za dziewczyną stało czterech mężczyzn ze straży z bronią.
- Stać! Ani kroku! - krzyknął jeden z nich, z muszkietem.
Sans odwróciła się i lekko zaskoczona odparła:
- Ale ja nie jestem jego wspólnikiem.
- W takim razie odejdź od niego!
- Nie kłam - powiedziałem chłodno.
Mężczyzna z bronią palną zmarszczył brwi i namierzył dziewczynę. Tamta, z prawie niewidoczną dezorientacją, spojrzała na mnie.
- To jesteś jego wspólnikiem, czy nie? - zapytał młody chłopak o rudych włosach, z mieczem.
- Ja... - zaczęła Sans, patrząc na rudzielca.
- Jest - przerwałem jej.
- Zaczekajcie chwilę.
Białowłosa odwróciła się i popatrzyła na mnie.
- Dlaczego odparłeś, że jestem twoim wspólnikiem? - spytała cicho, jej głos zdradzał złość.
- Jakoś mnie tak korciło, żeby to powiedzieć - odpowiedziałem, wzruszając ramionami.
Dziewczyna ponownie spojrzała na straż i powiedziała:
- Może to nie brzmi zbyt przekonująco, ale nie jestem jego wspólnikiem. Chciałam go po prostu przekonać, by przestał kraść...
- Co, najpierw każesz mi stać się złodziejem i pomóc w zdobyciu różnych drogocennych rzeczy, a teraz udajesz niewiniątko? - zapytałem obojętnie.
- Aiden!
- Co? Przecież to twoja wina.
- Kłamiesz!
- I kto to mówi?
- Dobra, dosyć! - krzyknął mężczyzna z muszkietem. - Dla pewności aresztujemy was oboje. Tylko bez żadnych sztuczek!
Sans spojrzała na mnie.
- Jakieś pomysły? - spytała.
- Mam jeden - odparłem.
- Jaki?
- Ucieknę.
Dziewczyna zaskoczona zmierzyła mnie wzrokiem.
- Co?
- No chyba nie myślisz, że dam się tak po prostu złapać?
Nagle Sans uspokoiła się, jakby coś sobie przypomniała. Wzruszając ramionami mruknęła coś pod nosem. Wtem dostrzegłem, że białowłosa zamierza pstryknąć palcami. O nie! Nie zostawi mnie samego! Podbiegłem i w ostatniej chwili złapałem ją za dłoń, uniemożliwiając teleportację. Sans spojrzała na mnie poważnie. Nagle w naszą dwójkę trafiła jakaś fala uderzeniowa, przez co upadliśmy.
- Dobrze! Teraz bierzecie ich! - krzyknął mężczyzna z muszkietem.
Sans pstryknęła palcami, lecz nic się nie stało. Zaskoczona dziewczyna wstała i spojrzała na straż, która zmierzała w naszą stronę. Podniosłem się, po czym chwyciłem Sans za rękę. Oboje rzuciliśmy się do ucieczki. Odbiliśmy się od podłoża i skoczyliśmy na dach kolejnego budynku. Nie mogłem użyć mocy, dlatego ledwo doleciałem na krawędź. Puściłem rękę dziewczyny, po czym oboje zbiegliśmy po schodach awaryjnych i zaczęliśmy biec chodnikiem.
- Nie mogłam się teleportować - rzekła Sans.
- Pewnie tamta fala miała jakiś efekt niwelujący naszą moc - powiedziałem.
Odwróciłem się i spojrzałem na biegnących za nami mundurowych.
- Jakieś pomysły? - spytałem.
- Sam przecież zamierzałeś uciec - odparła Sans.
- Uciekanie z mocą, a bez niej to dwa różne pojęcia. Obyśmy szybko odzyskali nasze moce.
Nagle tuż obok białowłosej przeleciała kula ognia. Skręciliśmy w lewo i przebiegliśmy przez ulicę, o mało nie wpadając pod koła wozów. Udaliśmy się na mniejszą uliczkę, a stamtąd na jedną z głównych. Spojrzeliśmy za siebie. Straż nadal nas goniła, mało tego, nawet w najmniejszym stopniu nie wyglądała na zmęczoną.
- Chyba nam nie odpuszczą - rzekła Sans. - Może powinniśmy z nimi walczyć?
- Niby czym? - spytałem. - A nawet, gdybyś miała gdzieś ukryty sztylet, to udałoby ci się ich pokonać samym sztyletem, bez magii? Ja temu nie wierzę. Poza tym sama widziałaś, co najmniej jeden z nich ma moce.
Dziewczyna zamyśliła się. Kątem oka dostrzegłem zmierzającą w naszą stronę kolejną ognistą kulę. Szturchnąłem Sans, po czym oboje odskoczyliśmy w bok, dzięki czemu kula przeleciała między nami i od razu zniknęła, by nie zranić przechodniów. Skręciliśmy w kolejną ulicę.
- Chyba najlepszym pomysłem będzie zgubienie ich - odezwała się Sans.
- Tyle że straż nie wygląda na zmęczoną - odparłem. - Nie wiem, jak ty, ale ja nie należę do biegaczy długodystansowych, dodatkowo biegnących najszybciej jak potrafią. Poza tym dotychczas przebiegliśmy przez ulicę, gdzie o mało nas wozy nie potrąciły, skręciliśmy chyba jakieś pięć razy, wymijamy tłumy, a tamci nadal nas ścigają. Coś czuję, iż zgubienie ich nie będzie takie proste.
Przeskoczyłem jakiegoś małego pieska, stojącego na mej drodze.
- Gdybyś mnie wtedy nie powstrzymał, to byśmy im uciekli - rzekła Sans, omijając kobietę z wózkiem.
- Skąd mogłem wiedzieć, że nie zamierzasz mnie zostawić? - spytałem lekko poddenerwowany.
- Nie wiem, może dlatego, że wcześniej ci pomogłam, i to nie raz?
- Może...
Nieco zwolniłem, czując zmęczenie. Starałem się oddychać głęboko i w miarę spokojnie, było to jednak niemożliwe. Musimy się gdzieś schować, inaczej nas złapią. Chyba że się rozdzielimy... ale co wtedy, gdy mnie lub Sans dopadną? W sumie niezbyt bym się przejmowałem, gdyby nieszczęście wybrało ją, ale co w innym przypadku? Spojrzałem na Sans. Może ma jakiś plan?

<Sansity?> Lubię akcję i jej nagłe zwroty.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Od Aidena CD Sansity

Stałem w bezruchu i patrzyłem, jak Sans znika. Czyli jednak widziała? Poprawiłem ręką szmatkę na pierścieniu i naciągnąłem na nią rzemyk.
- Coś się stało? - usłyszałem czyjś głos za plecami.
Odwróciłem się gwałtownie i odskoczyłem jak poparzony. Szybko sięgnąłem ręką do kieszeni w poszukiwaniu sztyletu, zapomniałem jednak, że straciłem go po złapaniu. Zakląłem pod nosem i spojrzałem na Grillby'ego, który wyglądał na nieco zmieszanego.
- Spokojnie, to ja, Grillby - rzekł, uśmiechając się lekko.
- Wiem - odparłem.
- Opuściłeś drewno. Coś się stało?
Zamyśliłem się, lecz po chwili odparłem:
- Potknąłem się i straciłem równowagę. Poza tym powinienem już wrócić do piwnicy.
- Niby po co? - spytał zaciekawiony mężczyzna.
- Sans mówiła, że zaraz straż rozpocznie patrol.
Wyminąłem Grillby'ego i, zostawiając porozrzucane drewno, ruszyłem do swego pokoju.

Leżałem na łóżku i wpatrywałem się w sufit, uważnie nasłuchując wszystko, co działo się na górze. Prócz głośnych rozmów niczego nie mogłem usłyszeć. W końcu podniosłem się i spojrzałem na wiszący na ścianie zegar. Siedzę tu już od godziny, raczej mogę wyjść. Zachowam jednak w razie czego ostrożność. Wstałem i ubrałem buty, po czym opuściłem pokój. Wolnym krokiem wszedłem po schodach. Zatrzymałem się za rogiem i ostrożnie wychyliłem głowę, rozglądając się po głównej sali. Nie zauważyłem niczego podejrzanego. Zrobiłem krok do przodu. Nagle drzwi otworzyły się i do gospody weszło dwóch mężczyzn w charakterystycznych dla straży ubrań. Szybko schowałem się za ścianą. Odczekałem chwilę, a następnie odwróciłem głowę i spojrzałem na strażników. Rozmowy nieco ucichły. Goście starali zachowywać się normalnie, lecz ukradkiem spoglądali na przybyszów.
- Dzień dobry! - powiedział wesoło Grillby. - Co panów sprowadza do mej gospody?
- Szukamy złodzieja - odparł jeden ze straży. - Jest to młody chłopak, dość niski, z włosami związanymi w kucyk i w czarnym płaszczu. Widział go pan?
Dość niski... Wcale taki nie jestem!
- Jaki szczegółowy opis - odezwał się ktoś za moimi plecami.
Odwróciłem się i spojrzałem na Sans, która stała tuż obok mnie. W duchu odetchnąłem z ulgą. Dobrze, że to tylko ona.
- Wcale nie jest szczegółowy - mruknąłem, ponownie spoglądając na straż.
- Dlaczego? Przecież nosisz czarny płaszcz, masz włosy związane i jesteś niski.
Prychnąłem i zmrużyłem lekko ze złości oczy.
- Lepiej weź się przymknij, bo jeszcze nas nakryją.
Nagle jeden ze strażników odwrócił głowę i spojrzał w moją stronę. Szybko całkowicie schowałem się za ścianą. Po chwili zbiegłem po schodach.
- Przyganiał kocioł garnkowi - usłyszałem za sobą głos Sans.
Odwróciłem się, lecz dziewczyny nie było. Pewnie przeteleportowała się w bezpieczne miejsce. Gdy usłyszałem zbliżające się kroki, wbiegłem do swego pokoju. Rozejrzałem się po nim w poszukiwaniu rzeczy należących do mnie. Na szczęście przypomniałem sobie, że takowych nie posiadam. Pościeliłem szybko łóżko, by wyglądało na nieużywane. Szkoda, że nie ma na nim kurzu. Sprawdziłem, czy pierścień jeszcze trzyma się na moim kucyku. Na szczęście był na swoim miejscu. Nagle zamek w drzwiach głośno kliknął. Skorzystałem ze swej mocy i przywarłem do sufitu. Po chwili do pokoju weszła straż wraz z Grillbym. Mężczyźni w mundurach zaczęli sprawdzać cały pokój.
- Czy ktoś tu mieszkał niedawno? - spytał wysoki blondyn, sprawdzający pod łóżkiem.
- Jakiś biedak , jednak dwa dni temu opuścił gospodę - odparł Grillby.
Przeszukiwania szybko dobiegły końca. Zresztą nie było czego przeszukiwać. Na szczęście nikt w ogóle nie patrzył w górę. Gdy straż wraz z gospodarzem opuścili pokój, odetchnąłem z ulgą. Mam szczęście. Po chwili drzwi ponownie się otworzyły. Tym razem jednak weszła tylko Sans. Dziewczyna rozejrzała się po pokoju, mówiąc:
- Jakież to dziwne, że nikogo ani niczego nie znaleźli w tym pokoju. Punkt na ukrywanie się.
Zeskoczyłem na podłogę tuż za Sans. Białowłosa odwróciła się i z ledwo widocznym zaskoczeniem spojrzała na mnie. Chwilę później skierowała wzrok na sufit, po czym z powrotem na mnie.
- Ciekawe - rzekła. - Proste, a ciekawe.
- O co chodzi? - spytałem obojętnie.
- Miejsce, gdzie się ukryłeś. Naprawdę, niektórzy chyba są ślepi.
- Sugerujesz, że moja kryjówka była beznadziejna?
- Ależ skąd!
Sans pomachała rękami w geście obronnym.
- No, może trochę racji masz - dodała po chwili.
Spojrzałem na nią nieco zezłoszczony. Chwilę później złagodniałem.
- Skoro tu weszłaś, to chyba tamci sobie poszli, nie? - zapytałem.

<Sans?>

niedziela, 7 sierpnia 2016

Od Aidena CD Sansity

Spojrzałem na Sans, która z lekkim uśmiechem na twarzy wyczekiwała mej odpowiedzi. Chwilę później odparłem obojętnie:
- Ta, z wielką chęcią pomogę.
W końcu w przeciwnym razie to raczej długo tu nie pobędę. Grillby uśmiechnął się szeroko. Wstał i poprawił swoje ubranie, mówiąc:
- Wiesz, teraz przypomniało mi się, że mam robotę w środku. Mógłbyś sam się tym zająć?
Jego wesoły uśmiech stał się bardziej niepewny. Szczerze mówiąc, niezbyt byłem zadowolony z tego, że całą robotę zrzucił na mnie. W pewnym stopniu byłem gościem, mimo iż ukrywałem się przed glinami i miałem w zasadzie jakoś ,,odwdzięczać się'' za nocleg. Przez jakiś czas patrzyłem prosto w oczy mężczyzny. Grillby na początku był lekko zmieszany, potem nieco spoważniał. Sans przyglądała się nam, raz patrzyła na mnie, za chwilę na Grillby'ego i tak w kółko. Na jej twarzy malowało się średnio widoczne zaciekawienie. W końcu znudziło mi się ciągłe stanie i patrzenie na twarz bruneta. Z nieznanych przyczyn niezbyt ufałem temu facetowi. Niby był tam znajomym Sans, która mi w jakimś stopniu pomogła w ucieczce. Według mnie jednak jego twarz wyglądała, jakby zamierzał mnie za chwilę wydać. Miałem tylko nadzieję, że tego nie zrobi. Po minucie, która w tej ciszy ciągnęła się dosyć długo, powiedziałem:
- Jasne, w końcu na razie nie mam żadnych planów na dziś.
Grillby uśmiechnął się, tak samo jak Sans.
- Dzięki. Za gospodą jest stos drewna - odparł brunet i odszedł.
Kiwnąłem głową, po czym wyszedłem na zewnątrz. Białowłosa podążyła za mną. Zatrzymałem się za gospodą i zmierzyłem wzrokiem stos drewna. Wezmę jakieś trzynaście kawałków, powinno wystarczyć na dzisiaj. Wziąłem niewielką siekierę i zważyłem ją w dłoniach. Chwilę później zacząłem rąbać drewno. Sans stała obok i przyglądała mi się w milczeniu. Po jakimś czasie wyprostowałem się i otarłem pot z czoła.
- Nieźle ci idzie - przyznała dziewczyna.
- A czego się niby spodziewałaś? - spytałem, odwracając głowę w jej stronę.
- Wiesz, nie spodziewałam się, że złodziej będzie dobry w obowiązkach gospodarczych.
Wbiłem siekierę w pieniek i oparłem się o nią.
- Słuchaj, nie od urodzenia jestem złodziejem. Wcześniej mieszkałem z rodziną i pomagałem jej w czym popadnie.
- A czemu teraz kradniesz?
- A czemu ludzie kradną?
Sans podparła ręką podbródek w zamyśleniu. Po chwili odparła:
- Żeby skradzione rzeczy potem sprzedać i być bogatym.
- Co, żarcie też kradną, żeby potem sprzedać? - zapytałem ironicznie. - Nie wiem, ilu ty złodziei spotkałaś, jednak ja nie należę do tych, co kradną, żeby być bogatym i żeby inni zazdrościli, jasne?
- To po co...
- Skończmy ten temat.
Nastała cisza. Chwilę później kontynuowałem rąbanie. Sans trochę niepewnie na mnie spoglądała, aż w końcu odezwała się.
- Sorry, Aiden, za tamto z tym pierścieniem. Ty byś pewnie podobnie zareagował na moim miejscu. W końcu kiedy wiesz, że w danej gospodzie ukrywa się złodziej i nagle komuś coś ginie, to raczej będziesz podejrzewał tego gościa.
Tak mocno zamachnąłem się siekierą, że po rozdzieleniu kawałku drewna na pół wbiła się w pieniek.
- Nic się nie stało - mruknąłem, próbując wyciągnąć siekierę, jednak na marne.
Zakląłem cicho i zacisnąłem pięść. Wtem zdałem sobie sprawę, że Sans nieustannie mi się przygląda. Poprawiłem swój kucyk, przy okazji sprawdzając, czy pierścień jest na swoim miejscu. Po raz kolejny zakląłem, gdy w pewnym miejscu poczułem chłodne złoto. Na szczęście prześwit był niewielki. Szybko zakryłem pierścień szmatką i poprawiłem rzemyk. Cholera, mam nadzieję, że Sans niczego nie widziała. Spojrzałem na białowłosą. Jej twarz nie zdradzała żadnego podejrzenia, jednak kto wie, o czym wtedy myślała?
Po kilku nieudanych próbach wyciągnięcia siekiery zrezygnowany westchnąłem. Zacząłem zbierać porąbane drewno, po czym podszedłem do dziewczyny. Tamta spojrzała na mnie pytająco.
- Pomóż mi, w końcu wszystkiego nie zmieszczę na rękach - powiedziałem.

<Sans?> ,,Wcale" niczego nie widziałaś...

wtorek, 19 lipca 2016

Od Aidena CD Sansity

- Ta... jasne - odparłem.
Sans lekko się uśmiechnęła.
- Ach, jeszcze jedno. Mogę wiedzieć, jak masz na imię?
- Aiden.
- No, to do zobaczenia, Aiden.
Dziewczyna zniknęła, zostawiając mnie samego. Odwróciłem się i spojrzałem na drzwi, czekając, aż Grillby wreszcie przyjdzie. Po jakimś czasie wyszedł i spojrzał na mnie.
- Sans już sobie poszła? - spytał, szukając jej wzrokiem.
- Miała jakąś sprawę do załatwienia - odpowiedziałem.
Mężczyzna skinął głową. Trochę nieprzyjemnie się czułem, zadzierając głowę do góry, by ujrzeć jego twarz, był on o jakieś czterdzieści centymetrów wyższy ode mnie.
- To zostajesz? - odezwał się po chwili Grillby.
- Chyba nie mam wyboru.
Brunet uśmiechnął się i wpuścił mnie do gospody. Wyszliśmy z kuchni na salę, gdzie stały stoły z krzesłami. Tylko jeden z nich był zajęty. Gospodarz polecił mi, abym dosiadł się do gości. Niechętnie usiadłem na wolnym krześle. Na początku ludzie pytali mnie o imię i tak dalej, potem raczej niezbyt zwracali na mnie uwagi. Przynajmniej mogłem zjeść coś porządnego.

Późnym wieczorem Grillby zaprowadził mnie do pokoiku w piwnicy.
- Nie jest tu najcieplej, ale dzięki kołdrze nie zmarzniesz w nocy - rzekł brunet.
- Muszę spać w tym pokoju? - zapytałem.
- Jeśli nie chcesz zostać złapany...
- Rozumiem.
- To dobrej nocy...
- Aiden.
Gospodarz uśmiechnął się i opuścił pokój. Spojrzałem krzywo na pościel. Wziąłem ją do rąk i trzepnąłem mocno, przez co uleciał z niej kurz. Widzę, że ten pokój nie odwiedzają goście. Chociaż... spałem w gorszych warunkach. Wytrzepałem również poduszkę. Ściągnąłem płaszcz, który następnie powiesiłem na wieszaku obok drzwi. Zdjąłem buty i usiadłem na łóżku.  Rozpuściłem włosy, po czym zdmuchnąłem świecę i położyłem się, nakrywając kołdrą. Szybko się rozgrzałem, dzięki czemu od razu zasnąłem.

Obudziłem się środku nocy. Przewróciłem się na plecy i spojrzałem na mój płaszcz. Chciałem wstać, lecz przypomniały mi się słowa Sans: ,,Tylko nie próbuj myśleć o obrabowaniu go czy innych, masz go szanować. Jeśli nie, to będziesz miał zły czas i żałował, że strażnicy cię nie złapali". Ech... czyli nici z łowów? Nie wytrzymałem jednak. Trudno, na pewno tak szybko się nie zorientują. Założyłem buty, po czym opuściłem swój pokoik. Ruszyłem cicho do sali głównej. Kiedy wchodziłem po schodach, te głośno skrzypnęły. Zatrzymałem się gwałtownie i rozejrzałem się. Nikogo nie było w pobliżu, ale wiedziałem, że jeśli tak dalej pójdzie, wcześniej czy później ktoś mnie nakryje. Postanowiłem przejść po ścianie. Był to dobry pomysł. Zakradłem się do jednego z pokoi. Wyciągnąłem z kieszeni kawałek drutu, który zawsze miałem przy sobie. Przez jakiś czas próbowałem otworzyć drzwi. W końcu mi się udało. Wszedłem do pokoju najciszej, jak mogłem i rozejrzałem się. Na łóżku spał jeden z gości, podróżnik imieniem Eldor. Obok stała mała szafka, a na niej leżało coś błyszczącego. Podszedłem bliżej i przyjrzałem się owej rzeczy. Był to złoty pierścień, nadający się jedynie na grube palce. Wziąłem go do ręki i zacząłem się powoli wycofywać. Nagle mężczyzna coś mruknął. Odwróciłem się i zastygłem w bezruchu. Po chwili ciszy ruszyłem dalej. Opuściłem pokój i po kilkuminutowej zabawie drutem zamknąłem drzwi. Udało się.

Wstałem rano, zadowolony z nocnej wyprawy. Przeczesałem parę razy ręką włosy, które następnie związałem. Założyłem płaszcz i buty. Pierścień dokładnie owinąłem kawałkiem szarego materiału i przepchałem przez mój kucyk, dodatkowo po części zakrywając rzemykiem, żeby nie spadł. Wyszedłem z pokoju i poszedłem na górę. Tam zastałem stojącego przy ladzie gospodarza. Mężczyzna widząc mnie uśmiechnął się.
- Witaj, Aiden - rzekł, gdy do niego podszedłem. - Wyspałeś się?
- Tak - odparłem.
Porozmawialiśmy jeszcze przez chwilę. W zasadzie najwięcej Grillby mówił, ja jedynie odpowiadałem krótkimi, pojedynczymi zdaniami.
- Masz gościa, Aiden - odezwał się nagle brunet.
Odwróciłem się i ujrzałem siedzącą przy jednym stoliku Sans. Pomachała do mnie i zachęciła do podejścia. Podszedłem do niej i usiadłem na krześle naprzeciwko.
- I jak? - zapytała, uśmiechając się lekko.
- Co ,,jak"? - odparłem.
- Jak ci minęła noc?
- Normalnie.
Nagle ze schodów zszedł jakiś mężczyzna. Podszedł do Grillby'ego i rzekł:
- Ale mam pecha!
- Co się stało? - spytał zaciekawiony gospodarz.
- Zgubiłem mój pierścień. Kiedy wróciłem pijany do pokoju i kładłem go na szafce, to chyba spadł on i się gdzieś potoczył.
- Może ktoś go ukradł?
- Przecież drzwi były cały czas zamknięte!
Dziewczyna uważnie słuchała. Ja również, jednak niezbyt mnie interesowała rozmowa. Po chwili białowłosa złapała mnie za ramię.
- Niczego wczoraj nie ukradłeś, prawda? - zapytała poważnie.
- Jasne, że nie ukradłem - odparłem. - Przecież mówiłem wczoraj, że nie będę kraść.
Sans przyjrzała mi się podejrzliwym wzrokiem. Moja twarz, jak zwykle, pozostawała obojętna. W końcu się odezwałem:
- Jak chcesz, to możesz sprawdzić moje kieszenie.
Ściągnąłem płaszcz i podałem go dziewczynie. Ta zmierzyła go wzrokiem i zaczęła przeszukiwać. Chwilę później, lekko zawiedziona, oddała mi go.
- A inne kieszenie?
Wstałem i wyciągnąłem na wierzch wnętrza kieszeni od spodni. Kiedy Sans skinęła głową, schowałem je do środka i z powrotem usiadłem. Mimo to dziewczyna nadal nie chciała mi ufać. Przewróciłem oczami, a następnie zdjąłem buty.
- Je też możesz sprawdzić - oznajmiłem.
Sans wzięła buty, odwróciła podeszwą do góry i zaczęła nimi trząść. Z żadnego nic nie wypadło. Dobrze, że ten drut, który rano schowałem do buta się tam trzyma. Białowłosa chciała do jednego z nich włożyć rękę, aczkolwiek powstrzymała się, kręcąc głową. Oddała mi buty.
- I co? Wierzysz mi? - spytałem, zakładając je i sznurując.
- Tak - odpowiedziała trochę niechętnie.
Nagle podszedł do nas Grillby.
- Słyszeliście tą rozmowę - rzekł poważnie. - Czy masz coś z tym wspólnego, Aiden?
Pokręciłem głową.
- Sprawdziłam go - oznajmiła Sans.
- A jego pokój?
Dziewczyna gwałtownie wstała i  szybko powędrowała do miejsca, gdzie spałem. Podążyłem za nią, a Grillby wrócił do swych obowiązków.

Po pół godzinie Sans wyprostowała się i westchnęła.
- Tu też nic - oznajmiła.
- Teraz mi wreszcie wierzysz? - zapytałem.
- Nie mam innego wyboru.
Moja twarz była obojętna, aczkolwiek w duchu cieszyłem się, że wreszcie da mi spokój. Jeśli całkiem mi uwierzy, to wtedy będę mógł spokojnie sprzedać ten pierścień. Na pewno jest on coś wart. Sans jeszcze raz rozejrzała się po pokoiku. Nagle zastanowiło mnie, po co ona w ogóle odwiedziła gospodę.
- Czy mogę znać powód, dla którego tu przyszłaś?
Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na mnie pytająco.
- Hm?
- No wiesz... chyba nie przyszłaś do gospody tylko po to, by mnie zobaczyć. Raczej kryje się za tym jakiś powód.

<Sans?>

niedziela, 17 lipca 2016

Od Aidena CD Sansity

Dziewczyna zniknęła, zostawiając mnie samego. Spojrzałem na swoje dłonie. Niektórzy są dziwni. Wyszedłem z bocznej uliczki, starając się wtopić w niezbyt wielki tłum. Nie było to takie trudne. Co jakiś czas rozglądałem się w poszukiwaniu jakiejś dobrej kryjówki, nic jednak nie przykuwało mojej uwagi. Nagle ktoś na mnie wpadł. Odwróciłem głowę i spojrzałem chłodno na niewiele niższego ode mnie chłopca. Mały brunet z ledwo widocznym zaskoczeniem przez chwilę przyglądał mi się, po czym pobiegł dalej. Podążyłem wzrokiem za nim. Wtem chłopiec znowu na kogoś wpadł. Tym razem był to jeden ze strażników. Malec począł coś do niego mówić, przy czym gorączkowo gestykulował. W pewnym momencie spojrzał na mnie. Poprawiłem swój kaptur i szybkim krokiem ruszyłem przed siebie. Myślałem, że odpocznę, a tu nagle jakiś smarkacz wydał mnie. Gdy tylko usłyszałem krzyki strażnika, zacząłem biec. Wbiegłem w mniejszą uliczkę, gdzie budynki stały bliżej siebie. Powinno się udać. Skoczyłem i gdy miałem wylądować na ścianie, wpadłem na kogoś. Rozproszyło mnie to, przez co wróciłem na ziemię. Kaptur spadł mi z głowy, jednak nie to mnie zdenerwowało. Spojrzałem na osobę, która śmiała mi przeszkodzić w ucieczce. Była to tamta dziewczyna, Sans, czy jak jej tam.
- To ty - powiedziałem chłodno, wstając. - Co ty, do diaska, tu robisz?
- Spaceruję - odparła spokojnie białowłosa. - Następnym razem patrz, gdzie biegniesz.
Chciałem jej coś powiedzieć, aczkolwiek przerwały mi krzyki. Odwróciłem się i dostrzegłem biegnącego ku mnie strażnika. Rzuciłem dziewczynie gniewne spojrzenie. Ona to specjalnie zrobiła! Chyba się naprawdę nudzi. Ruszyłem pędem na główną ulicę. Przebiegłem kilkadziesiąt metrów i udałem się na kolejną mniejszą uliczkę. Zrobiłem to samo, co wcześniej, gdy jeszcze byłem skuty kajdankami, czyli schowałem się za rogiem, a kiedy strażnik również wybiegł, szybko wróciłem. Nagle zatrzymałem się. Przede mną było dwóch mężczyzn ubranych w mundury. Spojrzałem w górę. Na dachu niewielkiego budynku siedziała Sans. Z zaciekawieniem przyglądała się całej sytuacji. Zakląłem pod nosem. Skoczyłem na ścianę, po czym - z pomocą mocy - zacząłem odbijać się od jednego budynku do drugiego, co chwilę zmieniając nasilenie grawitacji. Dzięki temu szybciej się przemieszczałem. Nagle coś złapało mnie za nogę. Spojrzałem w dół na wyższego mężczyznę, który trzymał gruby łańcuch. Magia? Tak łatwo się nie dam! Zwiększyłem grawitację, przez co przywarłem do ściany. Nie chciałem zostać ściągnięty na ziemię. Facet ciągnął za drugi koniec łańcucha, ale na darmo. Popatrzyłem na białowłosą, stojącą jakieś trzy metry nade mną. Niezbyt się wychylała, dzięki czemu ci z dołu zapewne jej nie widzieli. Miałem wrażenie, że dobrze się bawi.
- Może byś tak mi pomogła? - zapytałem oschle. - Przecież lubisz pomagać uciekinierom.
- A mówiłam coś takiego? - odparła Sans. - Poza tym, wolę się zbytnio nie mieszać.
Wtem chwyt łańcucha poluźnił się. A to czemu? Szybko wykorzystałem ten moment. Pozbyłem się łańcucha, a następnie szybko wskoczyłem na dach budynku, naprzeciwko dziewczyny.
- Uciekł nam! - krzyknął ktoś z dołu. - Jak mogłeś mu pozwolić?!
Krzyki stały się cichsze i mniej wyraźne. Przez jakiś czas wpatrywałem się ponuro w białowłosą. Tamta z lekkim zaciekawieniem przyglądała mi się. Jedyne, co mogło mnie uratować na dłuższą metę, to dobra kryjówka. Tylko nie wiedziałem, gdzie jej szukać. Może ona mi pomoże? W końcu zacisnąłem pięści i powiedziałem stanowczo:
- Chcę, abyś pomogła mi znaleźć kryjówkę.
- Wybacz, ale nie wypełniam rozkazów ze strony poszukiwanego przez straż kolesia - odparła obojętnie dziewczyna.
Przygryzłem wargę. Mogłem się tego spodziewać.
- To nie jest rozkaz... - zacząłem. - To prośba.
- Prośba? A gdzie to magiczne słowo?
Co za dziewucha! Nie można tego załatwić po ludzku?
- Proszę - powiedziałem po dłuższej chwili.
- Hm? O co mnie prosisz?
Jeszcze mocniej zacisnąłem pięści. Moje włosy lekko zafalowały na wietrze.
- Proszę o pomoc w znalezieniu dla mnie kryjówki. Musisz znać to miasto. Poza tym, dzięki teleportacji nie powinno to zająć długo.
Twarz Sans nie była już taka obojętna, jak wcześniej. Nadal jednak pozostawała spokojna.
- No, dobrze... zastanowię się.
,,Zastanowię się"... Ona to specjalnie robi...
- To proszę, abyś się szybko zastanawiała.

<Sans?>

piątek, 8 lipca 2016

Od Aidena

Pamiętam dzień, w którym wraz z wujkiem i ciotką dołączyłem do Dworu Nocy oraz spotkanie z władcą. Widać było, że niezbyt księcia interesował nasz przyjazd. Starał się wszystko załatwić jak najszybciej, pewnie i bez nas miał już urwanie głowy. Oczywiście, próbował być miły (na swój sposób). Moim oczom jednak nic nie umknie. Ja również chciałem czym prędzej zakończyć to spotkanie. Dobrze, że mogliśmy się tu spokojnie osiedlić. Mimo wszystko wujkowie bardzo się cieszyli, że poznali księcia i zamieszkali na ziemiach pod jego panowaniem. Dla mnie jednak nie robiło to wielkiej różnicy.
W wieku szesnastu lat opuściłem dom i ruszyłem w świat. Szczerze mówiąc, zrobiłem to dlatego, iż miałem po części dosyć mieszkania w wujkami. Nieprzyjemnie się wśród nich czułem. Wziąłem ze sobą potrzebne do przeżycia rzeczy. Pieniądze jednak straciłem, bowiem mnie okradli. Nie pozostało mi nic innego jak kraść. W sumie, byłem w tym całkiem dobry. Ludzie zbyt późno reagowali, może niektórzy nadal nie wiedzą, że stracili parę monet.

Powóz natrafił na kamień, przez co podskoczył. Spowodowało do wyrwanie mnie z zamyślenia. Na chwilę zebrało mi się na wymioty, ale powstrzymałem się. Wziąłem głęboki wdech. Nie lubiłem jazdy powozami. Wszystko się trzęsło, a z każdym podskokiem musiałem powstrzymywać się od zwrócenia. Spojrzałem na swoje ręce skute kajdankami i zakląłem pod nosem. Trzeba było się nie wychylać z bezpiecznej kryjówki, skarciłem się w myślach. W dużym mieście zawsze znajdą się osoby, które mnie znają, z widzenia oczywiście. Tak, wreszcie mi się dostało za moje czyny. Straży miejskiej udało mi się złapać. Teraz jechałem ich powozem, zapewne do więzienia. Starałem się obmyślić jakiś plan ucieczki, jednak nie było to łatwe. Kajdany, którymi mnie skuli, blokowały moją moc, a ona była kluczowym elementem planu. Poza tym, choroba lokomocyjna nie zamierzała odpuścić. Ech... chyba już po mnie. Przeniosłem wzrok na kamienicę, którą mijał właśnie powóz. Jestem na obrzeżach miasta. Mam jeszcze czas na wymyślenie czegoś. Zamknąłem oczy i zacząłem gorączkowo myśleć. Po jakimś czasie westchnąłem zrezygnowany. Gdyby tylko dało się jakoś pozbyć tych kajdanek... i mdłości. Nagle usłyszałem krzyki ludzi, a po chwili rżenie koni. Powóz się zatrzymał. Postanowiłem nasłuchiwać.
- Co? Demon? Tutaj? - spytał mężczyzna, jeden ze straży miejskiej.
- Tak! Tutaj! Trzeba coś zrobić i to szybko! - krzyczał ktoś inny.
Wtem coś uderzyło o powóz, który się potem przewrócił. Wpadłem na ścianę. Krzyki stały się głośniejsze, również dało się słyszeć donośny ryk. Miasto znajdowało się niedaleko granicy, więc niezbyt się dziwiłem. Myślałem jednak, że bariery były mocniejsze.
Pod wpływem uderzenia drzwiczki powozu magicznie się otworzyły. Szybko wyczołgałem się na zewnątrz i wstałem. Pięciometrowa bestia, wyglądająca jak krzyżówka byka, jaszczurki i czegoś tam jeszcze, siała spustoszenie w okolicy. Nie niszczyła jednak budynków, bardziej interesowali ją ludzie. Korzystając z chwili paniki przechodniów zacząłem uciekać, aczkolwiek po dwóch sekundach zatrzymałem się. Jeden ze straży miejskiej został popchany przez panikujących, przez co się przewrócił. Z racji, że był blisko mnie, podczas upadku usłyszałem cichy brzęk. Przyjrzałem się mężczyźnie. Do pasa miał przyczepione metalowy okrąg, a  na nim wisiały trzy klucze. Szybko podbiegłem do strażnika i odczepiłem klucze, po czym rzuciłem się do ucieczki. Mężczyzna zbyt późno zareagował, ale zdążył się podnieść i mimo wszytko ruszył w pogoń za mną. Kiedy skręciłem na skrzyżowaniu dróg, za mną przejechała grupa ludzi na koniach, pewnie mieli zająć się wyeliminowaniem demona. Olałem ich i pobiegłem dalej, a tamten facet za mną. Skręciłem w boczną uliczkę, gdzie w końcu postanowiłem wrzucić klucze do kieszeni, jeszcze by mi z rąk wypadły. Mężczyzna za mną coś wykrzykiwał. Z czasem jego krzyki stawały się coraz cichsze i mniej wyraźne ze względu na powiększającą się między nami odległość. Wybiegłem na szeroką ulicę i schowałem się za rogiem. Kiedy strażnik również wybiegł, szybko wróciłem i ukryłem się, tym razem za ławką. Facet rozejrzał się po okolicy, po czym pobiegł dalej. Wreszcie mam go z głowy. Odetchnąłem z ledwo widoczną ulgą i usiadłem na ławce. Krzyki ustały, zapewne już pokonali tamtego demona.  Szybko im poszło. Może mimo swojej przerażającej gęby nie był aż taki silny. Dobra, muszę się stąd zmywać, tylko pozbędę się kajdanek. Wsadziłem ręce do kieszeni. Po chwili zamarłem. W środku klucza nie było. Sprawdziłem pozostałe... i nic. Szczęk łańcucha kajdanek jeszcze bardziej mnie irytował niż wcześniej. Zakląłem głośno. Jakim cudem zgubiłem te głupie klucze? Zarzuciłem kaptur na głowę, wepchałem ręce do rękawów w taki sposób, by nie było widać kajdanek i czym prędzej udałem się do miejsca, gdzie wrzucałem klucze do kieszeni. Zapewne wyglądałem idiotycznie i trochę podejrzanie, aczkolwiek co mogłem innego zrobić? Pójść do straży miejskiej i poprosić o uwolnienie? A może olać kajdanki i żyć normalnie? Na pewno żadne z tych wyjść nie jest dobre, dlatego jedyne, co mi zostało, to znaleźć klucze. Oby nikt ich nie zabrał. Będąc na miejscu zauważyłem osobę, która właśnie coś podnosiła. Były to oczywiście moje klucze... a w zasadzie tamtych strażników. Powoli podszedłem do nieznajomego, zachowując jednak jakiś dystans. Spuściłem lekko głowę, przez co grzywka bardziej przysłoniła moje oczy i powiedziałem:
- Em... te klucze należą do mnie i chciałbym je dostać z powrotem.
Mam tylko nadzieję, że obejdzie się bez wymówek. Najwyżej udam przybysza.

<Ktoś? :3>

wtorek, 5 lipca 2016

Aiden Selway!

''Spokojnie spać można dopiero po pokonaniu wroga.''

https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/736x/bb/69/56/bb69563f65ab456f7d497cc4b0b50c62.jpg 
 Aiden z Dworu Nocy