- No w sumie... - zastanowiłem się, obracając w dłoniach czarny, lśniący
w słońcu miecz. - Bawiłem się z moimi kolegami w walki, kiedy byłem
młodszy. Coś tam umiem, nie jestem kompletnym amatorem.
- Okej, w takim razie pokaż, co potrafisz. - Zatrzymał się,
rozglądając. - To chyba dobre miejsce, mam nadzieję, że niczego nie
zbroisz... - Postawił mnie na ziemi i chwycił za drugi, biały miecz. -
No dobra, młody. Zaczynaj.
Stanąłem naprzeciwko niemu z zaciętą miną i zmarszczonymi brwiami.
Skupiłem się mocno, czym wywołałem cichy śmiech Akise. Spojrzałem na
niego w udawanym oburzeniu i ciąłem w jego stronę mieczem. Uskoczył
zwinnie i bez problemu wyprowadził pchnięcie.
Po kilku minutach walczyliśmy już na całego. Oczywiście Akise nie
szczędził uwag pod adresem mojej techniki i wcale nie traktował mnie
ulgowo. Zarobiłem kilka rozcięć i siniaków, ale nie odniosłem
poważniejszych ran.
- Dobra - mruknął, gdy zdyszany oparłem się o drzewo. - Robimy chwilową przerwę.
Uśmiechnąłem się do niego i z wdzięcznością powitałem kilka minut
odpoczynku. Podczołgałem się do czarnowłosego, który również usiadł i
wpatrywał się w niebo. Przycupnąłem przy jego boku i ziewnąłem szeroko.
Robiło się późno.
Nagle Akise klepnął się dłonią w czoło, aż podskoczyłem.
- Przecież dzisiaj jest Festiwal Pierwszej Nocy Letniej! Kompletnie zapomniałem. - Zaczął się podnosić z ziemi.
- Festiwal? Na rozpoczęcie lata? - zapytałem, idąc w jego ślady. Od
razu opuściły mnie wszelkie oznaki senności i zmęczenia. - Co się będzie
działo? Pójdziemy tam?
- Z tego co wiem, to uczestniczą w nim oba Dwory i ludzie spoza
nich. Książę i księżniczka mają oficjalnie go rozpocząć, a potem
rozpocznie się zabawa.
- Super! - Ucieszyłem się i natychmiast zacząłem uwieszać się na
Akise. - Pójdziemy, prawda? Na pewno będzie fajnie! Kupimy dużo
jedzenia!
- Tak? - zapytał z uniesioną brwią, patrząc na mnie podejrzliwie. - Ciekawe za co?
- No chyba to oczywiste, że za pieniądze. - Wyciągnąłem z kieszeni kilka banknotów i pomachałem nimi przed brzuchem Akise.
- O, nie... - westchnął i pochylił się nade mną. Oparł jedną dłoń na
kolanie, a drugą zręcznie wyjął mi papierki z rąk. - Młody, nie możesz
nic kupować za te pieniądze.
- Dlaczego? - oburzyłem się.
- Ponieważ... To niesprawiedliwe wobec ludzi, którzy ciężko na nie
pracują. Ty możesz je mieć w każdej chwili. A oni muszą sporo się
natrudzić, by dostać chodź połowę tego, co wyczarowałeś - wyjaśnił.
- No dobra, dobra... - fuknąłem, z założonymi rękami.
- Nie obrażaj się, tylko chodź. Kupimy coś za kasę z mojego portfela. - Poczochrał mi włosy i wziął za rękę.
Teleportowaliśmy się w samą porę na całkiem sporą polanę, na której
kręciło się mnóstwo ludzi we wszystkich możliwych kierunkach świata.
Wokół stało sporo straganów z jedzeniem, grała muzyka, błyskały magiczne
światełka wytworzone przez księżniczkę.
- Ale tu ładnie! - zawołałem, podskakując i usiłując złapać jednego z zabłąkanych świetlików fruwających dookoła.
- Popatrz, młody. Tu chyba jest coś dla ciebie. - Wskazał na duży
przyozdobiony kolorowymi płótnami stragan z ogromną ilością słodyczy.
Prawdopodobnie na ten widok zaśmieciły mi się oczy, i musiałem mieć
dość głupią minę, bo usłyszałem chichot Akise. Wpatrywałem się w
zachwytem w kosze pełne ciasteczek w co najmniej dwudziestu smakach,
cukierki w błyszczących papierkach, czekolady nadziewane karmelem,
muffiny z dżemem w środku i bitą śmietaną na wierzchu, cukrowe laseczki,
czerwone i zielone i wiele więcej słodyczy, których nawet nie umiałbym
nazwać.
- W sumie to jestem głodny, więc może coś wybierzemy? - zaproponował Akise.
- TAAAK! - wrzasnąłem i pobiegłem do straganu, potrącając po drodze kilku ludzi i rzucając w ich kierunku szybkie "przepraszam".
Gdy dotarłem na miejsce, wyłożyłem się jak zwykle i podnosząc się
niemal przyprawiłem sprzedawcę o zawał serca, bo z jego perspektywy to
musiało wyglądać tak, jakby dziecko o obłąkanych oczach wlepionych w
słodycze wyskoczyło nagle spod ziemi. Oblizałem się łakomie, patrząc na
siwego staruszka trzymającego się za serce z ustami otwartymi w niemym
krzyku.
- Hisaki! - Akise dopadł do mnie i natychmiast zaczął mnie
strofować. - Nie biegaj tak, bo znowu stanie się coś złego, prawie cię
zgubiłem... Wybrałeś już coś? - Rzucił okiem na stragan i sprzedawcę,
który powoli dochodził do siebie.
- A ty na co masz ochotę? - Odwróciłem się w jego stronę,
przypominając sobie o istnieniu świata zewnętrznego. - Może...
ciasteczka z czekoladą?
- W porządku - powiedział Akise, wyciągając z kieszeni portfel i
płacąc staruszkowi, który zaczął trzęsącymi się rękami wkładać
ciasteczka do papierowej torebki.
Gdy już kupiliśmy słodkości, Akise poprowadził mnie w stronę środka
polany, gdzie zgromadziły się oba Dwory i mnóstwo ludzi spoza nich.
Otaczali księżniczkę i księcia ciasnym kołem.
Niezbyt dobrze widziałem co się dzieje i wyciągałem szyję tak
wysoko, jak mogłem, ale i tak niewiele udało mi się zobaczyć. Tylko
jakieś urywki, ręce wymierzone w niebo i dużo świetlistych rozbłysków...
- Właź mi na ramiona - Akise pochylił się i pomógł mi wdrapać się na jego barki.
Stamtąd widziałem już wszystko wyraźnie. Księżniczka i książę
tworzyli bardzo dużo cienistych istot, ona jasne jak promienie słońce,
on ciemne i błyszczące jak światło gwiazd. Pięknie to wyglądało, gdy te
stworzenia biegły po niebie wielkim wirem i wypełniały sobą całe niebo.
- Łaaał... - Gapiłem się na zjawisko z otwartymi ustami.
Trzymałem torbę z ciasteczkami i pogryzałem je, pilnując, by Akise
zjadł swoją połowę, podając mu kolejne, gdy zjadał poprzednie.
Potem królewskie rodzeństwo oznajmiło rozpoczęcie festiwalu i
ludzie zaczęli klaskać. Akise przykucnął, a ja zeskoczyłem na ziemię.
Wepchnąłem pustą torebkę po ciasteczkach do kieszeni, uprzednio
wytrząsając ostatnie okruszki pachnące czekoladą na rękę.
Wtedy usłyszałem głośny kobiecy pisk i wkrótce potem zapanowało
zamieszanie. Ludzie krzyczeli coś o krwi, a jakiś mężczyzna głośno wołał
o pomoc. Zdezorientowany, odwróciłem się w stronę, z której dobiegał
hałasy i wtedy przed moimi oczami znalazły się błyszczące bronie. W tej
samej chwili coś ostrego przecięło mi rękę na wysokości przedramienia.
Syknąłem z bólu i przycisnąłem do siebie zranioną część ciała. Poczułem,
że coś na mnie wpada z dużym impetem i szarpie mną z dala od osoby,
która mnie zaatakowała.
Akise odciągnął mnie od napastnika, a ja wyjrzałem nad jego
ramieniem, którym zasłaniał mnie przed kolejnymi atakami. Czerwonowłosa
dziewczyna ślizgała się po ziemi, ale zaraz wstała i ruszyła znowu na
mnie. Nawet nie wiem kiedy, znalazła się tuż za mną i rozległ się głośny
trzask a potem ujrzałem oślepiające światło. Zacisnąłem oczy i
przywarłem do nogi Akise, który odciągał mnie coraz dalej.
Gdy otworzyłem oczy, straż już ją złapała, a książę i księżniczka stali obok z poważnymi minami.
- Dorwę cię! Zabiję!!! - wrzeszczała dziewczyna, płacząc.
Zadrżałem ze strachu, łzy pociekły mi po policzkach. To stało się
tak szybko... Dlaczego ona coś takiego mówiła? Dlaczego mnie
zaatakowała? Dlaczego płakała? Dlaczego...? Trzymając się mocno Akise,
spoglądałem w przerażeniu na scenę rozgrywającą się przed moimi oczami.
- Chodź, Hisaki... - Akise zasłonił mi ramieniem dalsze wydarzenia i
odciągnął dalej. Cały czas trzymałem się za jego rękaw i ani pisnąłem.
Źrenice miałem tak rozszerzone, że niemal nie było widać tęczówek.
Kolejne kilka minut zupełnie nie zachowało się w mojej pamięci.
Słyszałem jakieś głosy, czułem dotyk na ramionach, rozpoznawałem
zaniepokojony głos Akise i uspokajający księżniczki, ale nie potrafiłem
rozróżnić żadnych słów. Byłem zbyt oszołomiony. Tego było za dużo... Po
prostu zbyt wiele.
Ostatnie wspomnieniem, które zachowałem z tej nocy były powoli
oddalające się ludzkie krzyki, zapach trawy, cykanie świerszczy, Akise
niosący mnie na rękach, i moja twarz zalana łzami, wtulona w jego
kurtkę.
Akise? Wiem, że festiwal już się skończył, no ale nie chciałam zostawiać tego wątku pominiętego.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hisaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hisaki. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 lipca 2016
niedziela, 3 lipca 2016
Od Hisaki'ego CD Akise
Zamilkłem, wpatrując się w drzwi. Niby co mam powiedzieć księżniczce? Rodzice chcieliby, bym dołączył do Dworu Dnia w razie ich śmierci, więc proszę mnie przyjąć? Nie miałem pojęcia, jakich argumentów użyć w rozmowie, jeśli księżniczka się nie zgodzi. W zamyśleniu wyłamywałem sobie palce. Wtedy poczułem dłoń Akise na moich włosach. Spojrzałem w górę.
- Dobrze Hise… Jesteśmy przed drzwiami księżniczki, wejdziesz tam i błagam cię, tym razem nie nabrój tam niczego, gdybyś czegoś potrzebował zawołaj mnie, chyba nie będę ci tam potrzebny, nikt nie powinien cię tam zjeść.
- Jasna sprawa! - uśmiechnąłem się, uspokojony. - Dzięki, Akise!
Ścisnąłem w pasie chłopaka, aż wydał z siebie zduszony jęk.
- Hisaki, miażdżysz... mi... żołądek - wykrztusił, próbując mnie od siebie oderwać.
- Dziękuję! Przepraszam! Dziękuję! - ścisnąłem go jeszcze mocniej i puściłem, co Akise przyjął z dużym westchnieniem ulgi.
Uchyliłem drzwi i zajrzałem do środka zaciekawionym spojrzeniem. Ujrzałem dużą salę, ze zdobionymi kolumnami i dużą ilością ozdób. Na szczęście nie było żadnych dywanów, o które mógłbym się przewrócić. Na końcu sali na okazałym tronie siedziała dziewczyna o niebieskawych włosach. Zdziwiło mnie to. To niby ma być księżniczka? Młoda jakaś.
- No właź... - syknął Akise, wpychając mnie do środka, co zaowocowało oczywiście wyłożeniem się na podłogę. Drzwi rozwarły się szybko, uderzając w przeciwległą ścianę z donośnym hukiem, który poniósł się echem po korytarzach.
Z moją twarzą nie mogło być dobrze po tylu upadkach jednego dnia. Ale już się przyzwyczaiłem, więc błyskawicznie podniosłem się i beztrosko podążyłem naprzód. Zbliżyłem się do księżniczki, która było obstąpiona służkami donoszącymi wachlarze, przekąski i napoje. Wszystkie, nie wyłączając władczyni, patrzyły na mnie w osłupieniu. Jednej ze służących wypadłą z ręki kiść winogron, plaskając cicho o ziemię.
Popatrzyłem na kobietę z uśmiechem, na co ta odwróciła z zakłopotaniem wzrok i szybko schyliła się po upuszczony owoc i wycofała się w ukłonach, przepraszając raz za razem.
- Kim jesteś, żeby wtargać do mojej komnaty w ten sposób? - Od strony tronu dobiegł podniesiony głos księżniczki. Służki rozstąpiły się bez słowa, kiedy dziewczyna podniosła się i zmierzyła mnie zimnym wzrokiem.
- Mam na imię Hisaki Makoto. Moje efektowne wejście było niezamierzone - skłoniłem się, tak jak uczono mnie w domu. - Proszę o wybaczenie!
- Uprzedzano mnie, że możesz być nieco... zbyt energiczny. Musisz być synem Eiji'ego Makoto. Witaj na moim Dworze. Informator i inni członkowie będą ci służyć pomocą. Mam nadzieję, że będziesz się tutaj dobrze czuł. W razie jakiegokolwiek problemu zwróć się do mnie, miej na uwadze jednak, że często jestem zajęta i mam na głowie sprawy Dworu.
- Rozumiem, Wasza Wysokość. - Wyprostowałem się i z uśmiechem podbiegłem do drzwi, potykając się jak zwykle.
Zamknąłem za sobą cicho drzwi, wpatrując się w niewielką szparę między nimi a ścianą. Księżniczka patrzyła wprost na mnie. Wzdrygnąłem się.
- Myślałem, że będzie starsza - powiedziałem do Akise, który z rękami w kieszeniach i ulgą wymalowaną na twarzy opierał się o ścianę. Kiedy wyszedłem, od razu do mnie dopadł i potrząsnął za ramiona.
- Cicho! Rany boskie, już myślałem, że po tobie, jak tam wpadłeś w ten sposób - westchnął i złapał się za serce. - Mało zawału nie dostałem, wiesz, że taki spokojny człowiek jak ja nie może mieć tylu wrażeń jednego dnia? Proszę, bardziej na siebie uważaj, bo dosłownie co godzinę wpadasz w nowe kłopoty!
- Dobrze, już dobrze... - wymamrotałem. - Ale nie gniewasz się, co? - Spojrzałem na Akise wielkimi oczami z niewinną minką.
- Nie - westchnął i potargał mi włosy ręką.
Wziął mnie za rękę i poprowadził z powrotem do swojego pokoju. Kiedy już weszliśmy do środka, usiadłem na łóżku, machając nogami. Do podłogi jeszcze trochę mi brakowało. Jun spał zwinięty na kołdrze, mrucząc cicho. Najwyraźniej miał jakiś przyjemny sen.
Akise poszedł gdzieś, mówiąc, że za chwilkę wróci, więc zacząłem potajemne zwiedzanie pokoju. Nie było w nim zbyt dużo rzeczy, ale za to były bardzo ciekawe. Na przykład dwa miecze schowane głęboko w szafie, pod czterema pudełkami i owinięte starą kurtką.
- Suuuper! - wykrzyknąłem, uśmiechnięty od ucha do ucha. - Nie rozumiem, dlaczego schował takie dwa cuda...
Podniosłem jeden wysoko, gdyż dwa były dla mnie za ciężkie, celując w sufit i wyobrażając sobie, że łóżko jest wielkim demonem, którego muszę pokonać. Wrzasnąłem wojowniczo i zamachnąłem się. Miecz przeważył się i pociągnął mnie za sobą, czego skutkiem wykonałem obrót i wylądowałem na plecach. Jun obudził się i spojrzał zamglonym wzrokiem na mnie rozłożonego na podłodze.
- Nie poddam się, Jun! - krzyknąłem, wstając i podnosząc oręż. - Będę najlepszy i będę zabijał demony jak mój tata.
Kot miauknął zdezorientowany, patrząc na mnie zdziwionym wzrokiem. W tym samym momencie zorientowałem się, że miecz wykręca mi rękę swoim ciężarem. W ostatniej chwili uratowałem podłogę przed zrobieniem w niej dziury, przerzucając miecz na ramię. Wskoczyłem na łóżko i stanąłem obok kota patrzącego na mnie jak na wariata.
- Zostanę kolejnym wielkim wojownikiem z mojego rodu! - Wywinąłem mieczem nad głową. Jako tako umiałem się nimi posługiwać, bo sam często bawiłem się z przyjaciółmi drewnianymi zamiennikami.
W tym samym momencie jakimś cudem ostrze wypadło mi z rąk i poszybowało łukiem w stronę poduszek. Rozpruło je, uwalniając w powietrze chmurę białego pierza.
- O nie! - Rzuciłem się w stronę miecza, ale potknąłem się i kopniakiem posłałem broń jeszcze dalej.
Kompletnie nic nie mogłem zobaczyć, wszędzie latało pierze, Jun skakał ze zjeżonym grzbietem wokół mnie, łapiąc fruwające piórka i wyglądając jak wkurzona kaczka, którą oskubano w całym tym zamieszaniu. Usłyszałem huk, gdy kot przewrócił jakiś stołek, który z kolei popchnął drugi miecz, który poleciał w stronę okna, które rozbiło się w drobny mak, a miecz wyleciał nie wiadomo gdzie w powietrze.
- Porządek! Pióra! Jun! Pióra! Stołek! Miecz! Okno! Szyba! - Biegałem w te i wewte przewracając się i potykając, nic nie widząc.
Dopadłem błyskawicznie do pustej okiennicy i spojrzałem w dół. Były tam jakieś krzaki obsypane w tej chwili szkłem błyszczącym od promieni słonecznych.
Uznałem, że nie warto teraz po niego biec i po prostu zacząłem zbierać w ekspresowym tempie kupki piór, które znajdowały się dosłownie na wszystkim w pokoju. W rogu poruszała się jakaś większa kupka, szamocząc się szaleńczo.
Drzwi otworzyły się i pojawiła się w nich ręka trzymająca miskę z sałatką. Zamarłem w bezruchu. Po chwili otworzyły się szerzej i ukazał się w nich Akise skupiony na balansowaniu talerzami z jedzeniem i szklankami z piciem, tak, by się nie przewrócić.
- Em, Akise... To niechcący! - uprzedziłem jego szok, który mógłby zostać wywołany chwilę później. - Może pójdziemy na spacer? Wydaje mi się, że twój miecz wylądował gdzieś na dole... - dodałem ciszej, widząc oniemiałe spojrzenie chłopaka.
Asaki? Nie bij ;-;
- Dobrze Hise… Jesteśmy przed drzwiami księżniczki, wejdziesz tam i błagam cię, tym razem nie nabrój tam niczego, gdybyś czegoś potrzebował zawołaj mnie, chyba nie będę ci tam potrzebny, nikt nie powinien cię tam zjeść.
- Jasna sprawa! - uśmiechnąłem się, uspokojony. - Dzięki, Akise!
Ścisnąłem w pasie chłopaka, aż wydał z siebie zduszony jęk.
- Hisaki, miażdżysz... mi... żołądek - wykrztusił, próbując mnie od siebie oderwać.
- Dziękuję! Przepraszam! Dziękuję! - ścisnąłem go jeszcze mocniej i puściłem, co Akise przyjął z dużym westchnieniem ulgi.
Uchyliłem drzwi i zajrzałem do środka zaciekawionym spojrzeniem. Ujrzałem dużą salę, ze zdobionymi kolumnami i dużą ilością ozdób. Na szczęście nie było żadnych dywanów, o które mógłbym się przewrócić. Na końcu sali na okazałym tronie siedziała dziewczyna o niebieskawych włosach. Zdziwiło mnie to. To niby ma być księżniczka? Młoda jakaś.
- No właź... - syknął Akise, wpychając mnie do środka, co zaowocowało oczywiście wyłożeniem się na podłogę. Drzwi rozwarły się szybko, uderzając w przeciwległą ścianę z donośnym hukiem, który poniósł się echem po korytarzach.
Z moją twarzą nie mogło być dobrze po tylu upadkach jednego dnia. Ale już się przyzwyczaiłem, więc błyskawicznie podniosłem się i beztrosko podążyłem naprzód. Zbliżyłem się do księżniczki, która było obstąpiona służkami donoszącymi wachlarze, przekąski i napoje. Wszystkie, nie wyłączając władczyni, patrzyły na mnie w osłupieniu. Jednej ze służących wypadłą z ręki kiść winogron, plaskając cicho o ziemię.
Popatrzyłem na kobietę z uśmiechem, na co ta odwróciła z zakłopotaniem wzrok i szybko schyliła się po upuszczony owoc i wycofała się w ukłonach, przepraszając raz za razem.
- Kim jesteś, żeby wtargać do mojej komnaty w ten sposób? - Od strony tronu dobiegł podniesiony głos księżniczki. Służki rozstąpiły się bez słowa, kiedy dziewczyna podniosła się i zmierzyła mnie zimnym wzrokiem.
- Mam na imię Hisaki Makoto. Moje efektowne wejście było niezamierzone - skłoniłem się, tak jak uczono mnie w domu. - Proszę o wybaczenie!
- Uprzedzano mnie, że możesz być nieco... zbyt energiczny. Musisz być synem Eiji'ego Makoto. Witaj na moim Dworze. Informator i inni członkowie będą ci służyć pomocą. Mam nadzieję, że będziesz się tutaj dobrze czuł. W razie jakiegokolwiek problemu zwróć się do mnie, miej na uwadze jednak, że często jestem zajęta i mam na głowie sprawy Dworu.
- Rozumiem, Wasza Wysokość. - Wyprostowałem się i z uśmiechem podbiegłem do drzwi, potykając się jak zwykle.
Zamknąłem za sobą cicho drzwi, wpatrując się w niewielką szparę między nimi a ścianą. Księżniczka patrzyła wprost na mnie. Wzdrygnąłem się.
- Myślałem, że będzie starsza - powiedziałem do Akise, który z rękami w kieszeniach i ulgą wymalowaną na twarzy opierał się o ścianę. Kiedy wyszedłem, od razu do mnie dopadł i potrząsnął za ramiona.
- Cicho! Rany boskie, już myślałem, że po tobie, jak tam wpadłeś w ten sposób - westchnął i złapał się za serce. - Mało zawału nie dostałem, wiesz, że taki spokojny człowiek jak ja nie może mieć tylu wrażeń jednego dnia? Proszę, bardziej na siebie uważaj, bo dosłownie co godzinę wpadasz w nowe kłopoty!
- Dobrze, już dobrze... - wymamrotałem. - Ale nie gniewasz się, co? - Spojrzałem na Akise wielkimi oczami z niewinną minką.
- Nie - westchnął i potargał mi włosy ręką.
Wziął mnie za rękę i poprowadził z powrotem do swojego pokoju. Kiedy już weszliśmy do środka, usiadłem na łóżku, machając nogami. Do podłogi jeszcze trochę mi brakowało. Jun spał zwinięty na kołdrze, mrucząc cicho. Najwyraźniej miał jakiś przyjemny sen.
Akise poszedł gdzieś, mówiąc, że za chwilkę wróci, więc zacząłem potajemne zwiedzanie pokoju. Nie było w nim zbyt dużo rzeczy, ale za to były bardzo ciekawe. Na przykład dwa miecze schowane głęboko w szafie, pod czterema pudełkami i owinięte starą kurtką.
- Suuuper! - wykrzyknąłem, uśmiechnięty od ucha do ucha. - Nie rozumiem, dlaczego schował takie dwa cuda...
Podniosłem jeden wysoko, gdyż dwa były dla mnie za ciężkie, celując w sufit i wyobrażając sobie, że łóżko jest wielkim demonem, którego muszę pokonać. Wrzasnąłem wojowniczo i zamachnąłem się. Miecz przeważył się i pociągnął mnie za sobą, czego skutkiem wykonałem obrót i wylądowałem na plecach. Jun obudził się i spojrzał zamglonym wzrokiem na mnie rozłożonego na podłodze.
- Nie poddam się, Jun! - krzyknąłem, wstając i podnosząc oręż. - Będę najlepszy i będę zabijał demony jak mój tata.
Kot miauknął zdezorientowany, patrząc na mnie zdziwionym wzrokiem. W tym samym momencie zorientowałem się, że miecz wykręca mi rękę swoim ciężarem. W ostatniej chwili uratowałem podłogę przed zrobieniem w niej dziury, przerzucając miecz na ramię. Wskoczyłem na łóżko i stanąłem obok kota patrzącego na mnie jak na wariata.
- Zostanę kolejnym wielkim wojownikiem z mojego rodu! - Wywinąłem mieczem nad głową. Jako tako umiałem się nimi posługiwać, bo sam często bawiłem się z przyjaciółmi drewnianymi zamiennikami.
W tym samym momencie jakimś cudem ostrze wypadło mi z rąk i poszybowało łukiem w stronę poduszek. Rozpruło je, uwalniając w powietrze chmurę białego pierza.
- O nie! - Rzuciłem się w stronę miecza, ale potknąłem się i kopniakiem posłałem broń jeszcze dalej.
Kompletnie nic nie mogłem zobaczyć, wszędzie latało pierze, Jun skakał ze zjeżonym grzbietem wokół mnie, łapiąc fruwające piórka i wyglądając jak wkurzona kaczka, którą oskubano w całym tym zamieszaniu. Usłyszałem huk, gdy kot przewrócił jakiś stołek, który z kolei popchnął drugi miecz, który poleciał w stronę okna, które rozbiło się w drobny mak, a miecz wyleciał nie wiadomo gdzie w powietrze.
- Porządek! Pióra! Jun! Pióra! Stołek! Miecz! Okno! Szyba! - Biegałem w te i wewte przewracając się i potykając, nic nie widząc.
Dopadłem błyskawicznie do pustej okiennicy i spojrzałem w dół. Były tam jakieś krzaki obsypane w tej chwili szkłem błyszczącym od promieni słonecznych.
Uznałem, że nie warto teraz po niego biec i po prostu zacząłem zbierać w ekspresowym tempie kupki piór, które znajdowały się dosłownie na wszystkim w pokoju. W rogu poruszała się jakaś większa kupka, szamocząc się szaleńczo.
Drzwi otworzyły się i pojawiła się w nich ręka trzymająca miskę z sałatką. Zamarłem w bezruchu. Po chwili otworzyły się szerzej i ukazał się w nich Akise skupiony na balansowaniu talerzami z jedzeniem i szklankami z piciem, tak, by się nie przewrócić.
- Em, Akise... To niechcący! - uprzedziłem jego szok, który mógłby zostać wywołany chwilę później. - Może pójdziemy na spacer? Wydaje mi się, że twój miecz wylądował gdzieś na dole... - dodałem ciszej, widząc oniemiałe spojrzenie chłopaka.
Asaki? Nie bij ;-;
sobota, 2 lipca 2016
Od Hisaki'ego CD. Akise
Wpatrywałem się w czarnowłosego uważnie. Skoro twierdzi, że nic nie
zrobił Jun'owi, to na pewno tak jest. Chciałem wreszcie ruszyć się z
tego samotnego miejsca, ale przypomniałem sobie słowa straży i
wyjaśniłem Akise swoją sytuację.
- Ci panowie kazali mi tutaj czekać. Może sami poszli po księżniczkę? - Zamachałem nogami w zamyśleniu, przytulając Jun'a ze zmierzwionym futerkiem.
- Wątpię, mały... - Akise podrapał się w ucho. - Właśnie, jak masz na imię?
- Hisaki. - Uśmiechnąłem się szeroko. - Twoje imię zaczyna się "aki", a moje się kończy. Śmiesznie, co? - Zaśmiałem się krótko i zeskoczyłem z murku. - Skoro uważasz, że straże nie wrócą, proszę poprowadź mnie do księżniczki. - Stanąłem przed nim, zadzierając głowę. Był naprawdę wysoki w porównaniu ze mną.
- Nie ma sprawy - wymamrotał, odwracając wzrok. Może był nieśmiały?
Dogoniłem go, podbiegając, co nie ubyło się bez potknięcia. Na szczęście złapałem równowagę i mogłem iść u boku Akise. Chociaż chwilka, zaraz. Na jego jeden krok przypadały moje trzy. Chłopak chyba nie zauważył, że za nim nie nadążam, albo to ignorował, bo szedł przed siebie nie oglądając się i patrząc w odległy skraj lasu.
Pogoń za nim musiała się oczywiście skończyć upadkiem. Już po chwili leżałem na kamieniach twarzą, a zdenerwowany Jun biegał wokół mnie. Nie dość, że dzisiaj prawie się utopił, to jeszcze niemal podzielił mój los. Nie miałem mu za złe, kiedy po podniesieniu się, nie chciał dać się wziąć na ręce.
Zostawiłem więc kota w spokoju, karząc mu tutaj zostać, dopóki nie wrócę i rozejrzałem się za Akise. Był już dziesięć metrów dalej. Niczego nie zauważył? Musi być naprawdę nieobecny.
- Hej, Akise! - zawołałem, machając ręką. - Poczekaj minutkę.
Tym razem podszedłem, bo nie chciałem powtórki, otrzepując przy okazji ubranie z pyłu. Mama byłaby wściekła, gdyby widziała jak wyglądam.
- Co jest, Hisa...? - Odwrócił się czarnowłosy i zmierzył mnie zdziwionym spojrzeniem. - Wywaliłeś się?
- No - przytaknąłem. - Nic mi nie jest, więc możemy iść dalej, Jun na szczęście się nie poobijał.
- Jun? - zapytał zdezorientowany Akise.
- Ach, nie mówiłem? Tak się nazywa mój kot. Znalazłem go jakąś godzinę temu na targu, wydał mi się bezpański, więc go przygarnąłem. Yumeha pozwoliła mi go zabrać pod warunkiem, że księżniczka też się zgodzi na jego przebywanie w Dworze Dnia. Macie tutaj jeszcze jakieś inne zwierzątka? Może ty masz? Wspominałeś, że lubisz zwierzęta. Nie zniosę, jeśli księżniczka każe mi go porzucić... Zawsze chciałem mieć towarzysza, ale rodzice mi nie pozwalali. Nawet nie wiem dlaczego, a teraz ich już nie zapytam... No nieważne, w każdym razie jeszcze ci nie podziękowałem za to, że go uratowałeś. Dziękuję! I przepraszam, że tak na ciebie nakrzyczałem, ale rozumiesz, w pierwszej chwili trochę mnie przestraszyłeś...
- W-w porządku, mały... - Akise podniósł ręce, chcąc mnie uciszyć. - Nic się nie stało. Chodź, tutaj jest wejście...
Weszliśmy przez szerokie, zdobione drzwi. Po kilku skrętach znaleźliśmy się w bardziej oficjalnej części budynku. Na ścianach wisiały przepiękne obrazy, podobne do tych z mojego domu. W równych odstępach stały drewniane kolumny, a na nich donice z kolorowymi kwiatami. Drogę wyściełały drogie dywany, ciągnące się przez całą długość i szerokość. To wszystko wyglądało bardzo znajomo...
Akise znów przyśpieszył, więc podbiegłem, by go dogonić.
- Za tymi drzwiami jest jadalnia, a tutaj księżniczka przyjmuje interesantów...
Właśnie w tym momencie nastąpiło to... Potknięcie.
Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności na mojej drodze znalazła się zmarszczka na dywanie. Poleciałem twarzą na ziemię, ale starałem się podeprzeć rękami. Zahaczyłem o jakiś twardy przedmiot i ŁUP. Rozległ się okropny trzask. Nie wylądowałem na podłodze, w przeciwieństwie do wielkiej donicy z okazałym kwiatem, z którego teraz zostało kilka postrzępionych łodyżek i kupka ziemi.
- Upsss... - syknąłem.
Akise odwrócił się i spojrzał zszokowany na pobojowisko i mnie umazanego ziemią.
- Coś narobił, Hisaki?
- Potknąłem się... - wymamrotałem ze skruchą. Widząc wyraz jego twarzy, zaniepokoiłem się. - Nikomu nic nie mów, dobra?
- Jeśli nas znajdą, na pewno się dowiedzą - westchnął chłopak, przejeżdżając dłonią po twarzy. - Dlaczego nie mogę spędzić chodź jednego dnia w spokoju...?
- Przepraszam...
W oddali rozległ się tupot stup zaalarmowanych hałasem strażników.
- O nie! - jęknął Akise, rzucając się do zbierania kawałków donicy i próbując zmieść całą ziemię w jakiś niewidoczny kąt.
- Spokojnie. - Uśmiechnąłem się i zanurkowałem ręką do kieszeni w poszukiwaniu pieniędzy. - Przekupimy ich! - wykrzyknąłem triumfalnie, wyławiając zdobycz - pięć wysokich nominałów.
- No co ty, tak nie można - odszepnął Akise, nadal zbierając resztki dekoracji. - W ogóle skąd to masz?
- Z kieszeni - odrzekłem, jakby to było oczywiste, wzruszając ramionami. - Zawsze je znajduję, kiedy są potrzebne.
Akise zerwał się na równe nogi i złapał mnie za rękę. Rzuciłem okiem na jego daremne wysiłki pozbycia się śladów mojej bytności tutaj z puszystego dywanu. Najwyraźniej dotarło do niego, że to na nic. Czarnowłosy pociągnął mnie za sobą i po chwili obaj gnaliśmy na złamanie karku korytarzem.
- Może by na to poszli! - wydyszałem, zmęczony po kilku minutach kluczenia wśród zawiłych dróg. - Zawsze warto spróbować.
Akise?
- Ci panowie kazali mi tutaj czekać. Może sami poszli po księżniczkę? - Zamachałem nogami w zamyśleniu, przytulając Jun'a ze zmierzwionym futerkiem.
- Wątpię, mały... - Akise podrapał się w ucho. - Właśnie, jak masz na imię?
- Hisaki. - Uśmiechnąłem się szeroko. - Twoje imię zaczyna się "aki", a moje się kończy. Śmiesznie, co? - Zaśmiałem się krótko i zeskoczyłem z murku. - Skoro uważasz, że straże nie wrócą, proszę poprowadź mnie do księżniczki. - Stanąłem przed nim, zadzierając głowę. Był naprawdę wysoki w porównaniu ze mną.
- Nie ma sprawy - wymamrotał, odwracając wzrok. Może był nieśmiały?
Dogoniłem go, podbiegając, co nie ubyło się bez potknięcia. Na szczęście złapałem równowagę i mogłem iść u boku Akise. Chociaż chwilka, zaraz. Na jego jeden krok przypadały moje trzy. Chłopak chyba nie zauważył, że za nim nie nadążam, albo to ignorował, bo szedł przed siebie nie oglądając się i patrząc w odległy skraj lasu.
Pogoń za nim musiała się oczywiście skończyć upadkiem. Już po chwili leżałem na kamieniach twarzą, a zdenerwowany Jun biegał wokół mnie. Nie dość, że dzisiaj prawie się utopił, to jeszcze niemal podzielił mój los. Nie miałem mu za złe, kiedy po podniesieniu się, nie chciał dać się wziąć na ręce.
Zostawiłem więc kota w spokoju, karząc mu tutaj zostać, dopóki nie wrócę i rozejrzałem się za Akise. Był już dziesięć metrów dalej. Niczego nie zauważył? Musi być naprawdę nieobecny.
- Hej, Akise! - zawołałem, machając ręką. - Poczekaj minutkę.
Tym razem podszedłem, bo nie chciałem powtórki, otrzepując przy okazji ubranie z pyłu. Mama byłaby wściekła, gdyby widziała jak wyglądam.
- Co jest, Hisa...? - Odwrócił się czarnowłosy i zmierzył mnie zdziwionym spojrzeniem. - Wywaliłeś się?
- No - przytaknąłem. - Nic mi nie jest, więc możemy iść dalej, Jun na szczęście się nie poobijał.
- Jun? - zapytał zdezorientowany Akise.
- Ach, nie mówiłem? Tak się nazywa mój kot. Znalazłem go jakąś godzinę temu na targu, wydał mi się bezpański, więc go przygarnąłem. Yumeha pozwoliła mi go zabrać pod warunkiem, że księżniczka też się zgodzi na jego przebywanie w Dworze Dnia. Macie tutaj jeszcze jakieś inne zwierzątka? Może ty masz? Wspominałeś, że lubisz zwierzęta. Nie zniosę, jeśli księżniczka każe mi go porzucić... Zawsze chciałem mieć towarzysza, ale rodzice mi nie pozwalali. Nawet nie wiem dlaczego, a teraz ich już nie zapytam... No nieważne, w każdym razie jeszcze ci nie podziękowałem za to, że go uratowałeś. Dziękuję! I przepraszam, że tak na ciebie nakrzyczałem, ale rozumiesz, w pierwszej chwili trochę mnie przestraszyłeś...
- W-w porządku, mały... - Akise podniósł ręce, chcąc mnie uciszyć. - Nic się nie stało. Chodź, tutaj jest wejście...
Weszliśmy przez szerokie, zdobione drzwi. Po kilku skrętach znaleźliśmy się w bardziej oficjalnej części budynku. Na ścianach wisiały przepiękne obrazy, podobne do tych z mojego domu. W równych odstępach stały drewniane kolumny, a na nich donice z kolorowymi kwiatami. Drogę wyściełały drogie dywany, ciągnące się przez całą długość i szerokość. To wszystko wyglądało bardzo znajomo...
Akise znów przyśpieszył, więc podbiegłem, by go dogonić.
- Za tymi drzwiami jest jadalnia, a tutaj księżniczka przyjmuje interesantów...
Właśnie w tym momencie nastąpiło to... Potknięcie.
Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności na mojej drodze znalazła się zmarszczka na dywanie. Poleciałem twarzą na ziemię, ale starałem się podeprzeć rękami. Zahaczyłem o jakiś twardy przedmiot i ŁUP. Rozległ się okropny trzask. Nie wylądowałem na podłodze, w przeciwieństwie do wielkiej donicy z okazałym kwiatem, z którego teraz zostało kilka postrzępionych łodyżek i kupka ziemi.
- Upsss... - syknąłem.
Akise odwrócił się i spojrzał zszokowany na pobojowisko i mnie umazanego ziemią.
- Coś narobił, Hisaki?
- Potknąłem się... - wymamrotałem ze skruchą. Widząc wyraz jego twarzy, zaniepokoiłem się. - Nikomu nic nie mów, dobra?
- Jeśli nas znajdą, na pewno się dowiedzą - westchnął chłopak, przejeżdżając dłonią po twarzy. - Dlaczego nie mogę spędzić chodź jednego dnia w spokoju...?
- Przepraszam...
W oddali rozległ się tupot stup zaalarmowanych hałasem strażników.
- O nie! - jęknął Akise, rzucając się do zbierania kawałków donicy i próbując zmieść całą ziemię w jakiś niewidoczny kąt.
- Spokojnie. - Uśmiechnąłem się i zanurkowałem ręką do kieszeni w poszukiwaniu pieniędzy. - Przekupimy ich! - wykrzyknąłem triumfalnie, wyławiając zdobycz - pięć wysokich nominałów.
- No co ty, tak nie można - odszepnął Akise, nadal zbierając resztki dekoracji. - W ogóle skąd to masz?
- Z kieszeni - odrzekłem, jakby to było oczywiste, wzruszając ramionami. - Zawsze je znajduję, kiedy są potrzebne.
Akise zerwał się na równe nogi i złapał mnie za rękę. Rzuciłem okiem na jego daremne wysiłki pozbycia się śladów mojej bytności tutaj z puszystego dywanu. Najwyraźniej dotarło do niego, że to na nic. Czarnowłosy pociągnął mnie za sobą i po chwili obaj gnaliśmy na złamanie karku korytarzem.
- Może by na to poszli! - wydyszałem, zmęczony po kilku minutach kluczenia wśród zawiłych dróg. - Zawsze warto spróbować.
Akise?
piątek, 1 lipca 2016
Od Hisaki'ego (do Akise)
Ziewnąłem szeroko i kichnąłem. Służąca moich rodziców rozglądała się
niepewnie, idąc szeroką drogą, wzdłuż której poustawiane były stragany.
Nigdy nie byłem w podobnym miejscu, całe życie spędziłem w wielkim domu
mojej rodziny i jeszcze większym ogrodzie. Rozglądałem się, próbując
zobaczyć coś godnego zakupu. Marchewki, kury, plecione koszyki z
wikliny...
- Yumeha, popatrz! - Pociągnąłem ją za fartuszek, spoglądając na nią z uśmiechem. - Widzisz? O tam, obok stoiska z rybami... Kot!
Siedział niedaleko wielkiego kosza, z którego wystawały rybie ogony. Miał białą sierść i wpatrywał się łakomie w towar ze stoiska złotymi oczami.
- Paniczu, nie jesteśmy tutaj, by kupować ryby, szukamy członków Dworu Dnia... - zaoponowała słabo staruszka.
- Nie chodzi mi o ryby - roześmiałem się. - Tylko o kota. Mógłbym go ze sobą wziąć? - popatrzyłem na kobietę z nadzieją. - Rodzice nigdy nie pozwalali mi mieć zwierzątka...
- Paniczu... - westchnęła Yumeha. Zatrzymała się i ścisnęła lekko moją rękę. W jej oczach zalśniły łzy. - To był straszny cios dla całej służby, a najbardziej dla panicza. Nie chciałabym sprzeciwiać się woli świętej pamięci pana i pani Makoto, ale... Wiem jak bardzo tego panicz pragnie, więc... W porządku. - Spróbowała się słabo uśmiechnąć. - Może panicz go ze sobą zabrać, ale wyłącznie wtedy, gdy księżniczka również wyrazi zgodę na trzymanie zwierzęcia na swoim Dworze.
- Dziękuję, Yumeha! - wykrzyknąłem i przytuliłem ją mocno.
Pobiegłem natychmiast w stronę białego kota, i oczywiście musiałem się potknąć. To nieodłączny element każdego mojego biegu. Wyhamowałem tuż przed nosem kota, który skulił się ze strachu i zacisnął oczy.
- Nie bój się - powiedziałem, kucając. Podniosłem rękę i powoli zbliżyłem ją do grzbietu zwierzaka. - Nie zrobię ci krzywdy.
Ostrożnie pogładziłem miękkie futerko. Po raz pierwszy w życiu dotknąłem zwierzęcia. To było niesamowite uczucie. Kot podniósł się i otarł o moje kolana. Zamruczał głośno.
- Będziesz się nazywał Jun. - Podniosłem go na wysokość twarzy, a potem otoczyłem ramionami i podniosłem się, rozglądając w poszukiwaniu Yumehy. Zauważyłem ją w pobliżu grupki jakiś mężczyzn ubranych w marynarki i z bronią przypasaną do boku. Podszedłem ostrożnie, by się nie przewrócić z kotem na rękach do staruszki.
- Mam go, Yumeha! - oznajmiłem wesoło. - Wcale nie uciekał, na początku tylko trochę się przestraszył, ale potem od razu mnie polubił, więc zabiorę go ze sobą. I dałem mu na imię Jun, jest taki piękny, prawda Yumeha? - Podniosłem wzrok i dopiero wtedy zauważyłem, że kobieta płacze. Zdziwiony ty widokiem, przerwałem potok słów. - Coś się stało? Dlaczego płaczesz?
- Paniczu... - Służąca pochyliła głowę. - Tutaj musimy się rozstać. Ci mili panowie zaprowadzą się do Dworu Dnia, a ja muszę wracać do domu państwa Makoto.
- Ale dlaczego? - Głos mi się załamał. Yumeha była ulubioną służącą mojej mamy, pomagała jej nawet po tym jak... - Nie odchodź! - złapałem ją za rękę. Pojedyncza łza stoczyła się po moim policzku.
- Paniczu, życzeniem państwa Makoto było, bym przyprowadziła panicza do Dworu Dnia, jeśli im przytrafiłoby się coś złego... - Yumeha przytuliła mnie i teraz oboje płakaliśmy na całego. Zasmarkałem jej całe ramię, kompletnie nie mogłem się uspokoić. Przypomniałem sobie to, co tak strasznie chciałem zapomnieć, a teraz jeszcze muszę się rozstać z Yumehą...
- Bądź dzielny, paniczu. I sprawuj się dobrze na Dworze Dnia. Twoi rodzice na pewno byliby z ciebie dumni - Służąca pogłaskała mnie do głowie i odwróciła się szybko do członków straży Dworu Dnia. - Proszę, zabierzcie tego chłopca.
Odeszła szybko, ocierając twarz haftowaną chusteczką. Stałem na drodze, patrząc za nią tak długo, jak mogłem, dopóki nie zniknęła mi z oczu. Potem podniosłem z ziemi Jun, który w całym zamieszaniu wyskoczył z moich objęć i powlokłem się drogą prowadzącą na Dwór Dnia.
Panowie ze straży nie byli zbyt rozmowni, nawet na mnie nie spoglądali. Poza tym, byłem zajęty ocieraniem łez z twarzy i nie byłem w nastroju na rozmowy, więc sytuacja w gruncie rzeczy mi odpowiadała. Głaskałem Jun'a i wpatrywałem się w brukowaną drogę pod moimi stopami, aż doszliśmy do wielkiej bramy, za którą znajdował się pałac - siedziba Dworu Dnia i Dworu Nocy.
Strażnicy gdzieś sobie poszli, każąc mi zostać na miejscu. Znajdowałem się na placu, kilka metrów dalej była wielka fontanna o kształcie koła i średnicy przynajmniej dziesięciu metrów. Przysiadłem na niej i obróciłem się w stronę wody. Spojrzałem na swoje falujące odbicie - nie wyglądałem już tak tragicznie. Jun wyraźnie nie bał się zamoczenia, bo spacerował sobie na murku tuż powyżej wody.
Nie wiem, ile czasu spędziłem, siedząc i wpatrując się w swoje odbicie. Nawet nie myślałem o tym, by gdzieś pójść, bo przecież kazano mi tutaj czekać...
- Hej, mały, to twój kot próbował się utopić w fontannie? - usłyszałem głos, a zaraz potem przed moimi oczami pojawiła się ręka trzymająca za kark przemokniętego Jun'a.
Rzuciłem się na kota i zacząłem go wycierać rękawami swojej koszulki. Kiedy był już względnie suchy, odwróciłem się błyskawicznie, tak, że niemal sam prawie zaznałem kąpieli. W polu mojego widzenia pojawił się czyjś brzuch. Zadarłem głowę do góry.
- Co mu zrobiłeś? - krzyknąłem na czarnowłosego chłopaka, który z założonymi rękami przyglądał mi się z nieodgadnioną miną.
Akise?
- Yumeha, popatrz! - Pociągnąłem ją za fartuszek, spoglądając na nią z uśmiechem. - Widzisz? O tam, obok stoiska z rybami... Kot!
Siedział niedaleko wielkiego kosza, z którego wystawały rybie ogony. Miał białą sierść i wpatrywał się łakomie w towar ze stoiska złotymi oczami.
- Paniczu, nie jesteśmy tutaj, by kupować ryby, szukamy członków Dworu Dnia... - zaoponowała słabo staruszka.
- Nie chodzi mi o ryby - roześmiałem się. - Tylko o kota. Mógłbym go ze sobą wziąć? - popatrzyłem na kobietę z nadzieją. - Rodzice nigdy nie pozwalali mi mieć zwierzątka...
- Paniczu... - westchnęła Yumeha. Zatrzymała się i ścisnęła lekko moją rękę. W jej oczach zalśniły łzy. - To był straszny cios dla całej służby, a najbardziej dla panicza. Nie chciałabym sprzeciwiać się woli świętej pamięci pana i pani Makoto, ale... Wiem jak bardzo tego panicz pragnie, więc... W porządku. - Spróbowała się słabo uśmiechnąć. - Może panicz go ze sobą zabrać, ale wyłącznie wtedy, gdy księżniczka również wyrazi zgodę na trzymanie zwierzęcia na swoim Dworze.
- Dziękuję, Yumeha! - wykrzyknąłem i przytuliłem ją mocno.
Pobiegłem natychmiast w stronę białego kota, i oczywiście musiałem się potknąć. To nieodłączny element każdego mojego biegu. Wyhamowałem tuż przed nosem kota, który skulił się ze strachu i zacisnął oczy.
- Nie bój się - powiedziałem, kucając. Podniosłem rękę i powoli zbliżyłem ją do grzbietu zwierzaka. - Nie zrobię ci krzywdy.
Ostrożnie pogładziłem miękkie futerko. Po raz pierwszy w życiu dotknąłem zwierzęcia. To było niesamowite uczucie. Kot podniósł się i otarł o moje kolana. Zamruczał głośno.
- Będziesz się nazywał Jun. - Podniosłem go na wysokość twarzy, a potem otoczyłem ramionami i podniosłem się, rozglądając w poszukiwaniu Yumehy. Zauważyłem ją w pobliżu grupki jakiś mężczyzn ubranych w marynarki i z bronią przypasaną do boku. Podszedłem ostrożnie, by się nie przewrócić z kotem na rękach do staruszki.
- Mam go, Yumeha! - oznajmiłem wesoło. - Wcale nie uciekał, na początku tylko trochę się przestraszył, ale potem od razu mnie polubił, więc zabiorę go ze sobą. I dałem mu na imię Jun, jest taki piękny, prawda Yumeha? - Podniosłem wzrok i dopiero wtedy zauważyłem, że kobieta płacze. Zdziwiony ty widokiem, przerwałem potok słów. - Coś się stało? Dlaczego płaczesz?
- Paniczu... - Służąca pochyliła głowę. - Tutaj musimy się rozstać. Ci mili panowie zaprowadzą się do Dworu Dnia, a ja muszę wracać do domu państwa Makoto.
- Ale dlaczego? - Głos mi się załamał. Yumeha była ulubioną służącą mojej mamy, pomagała jej nawet po tym jak... - Nie odchodź! - złapałem ją za rękę. Pojedyncza łza stoczyła się po moim policzku.
- Paniczu, życzeniem państwa Makoto było, bym przyprowadziła panicza do Dworu Dnia, jeśli im przytrafiłoby się coś złego... - Yumeha przytuliła mnie i teraz oboje płakaliśmy na całego. Zasmarkałem jej całe ramię, kompletnie nie mogłem się uspokoić. Przypomniałem sobie to, co tak strasznie chciałem zapomnieć, a teraz jeszcze muszę się rozstać z Yumehą...
- Bądź dzielny, paniczu. I sprawuj się dobrze na Dworze Dnia. Twoi rodzice na pewno byliby z ciebie dumni - Służąca pogłaskała mnie do głowie i odwróciła się szybko do członków straży Dworu Dnia. - Proszę, zabierzcie tego chłopca.
Odeszła szybko, ocierając twarz haftowaną chusteczką. Stałem na drodze, patrząc za nią tak długo, jak mogłem, dopóki nie zniknęła mi z oczu. Potem podniosłem z ziemi Jun, który w całym zamieszaniu wyskoczył z moich objęć i powlokłem się drogą prowadzącą na Dwór Dnia.
Panowie ze straży nie byli zbyt rozmowni, nawet na mnie nie spoglądali. Poza tym, byłem zajęty ocieraniem łez z twarzy i nie byłem w nastroju na rozmowy, więc sytuacja w gruncie rzeczy mi odpowiadała. Głaskałem Jun'a i wpatrywałem się w brukowaną drogę pod moimi stopami, aż doszliśmy do wielkiej bramy, za którą znajdował się pałac - siedziba Dworu Dnia i Dworu Nocy.
Strażnicy gdzieś sobie poszli, każąc mi zostać na miejscu. Znajdowałem się na placu, kilka metrów dalej była wielka fontanna o kształcie koła i średnicy przynajmniej dziesięciu metrów. Przysiadłem na niej i obróciłem się w stronę wody. Spojrzałem na swoje falujące odbicie - nie wyglądałem już tak tragicznie. Jun wyraźnie nie bał się zamoczenia, bo spacerował sobie na murku tuż powyżej wody.
Nie wiem, ile czasu spędziłem, siedząc i wpatrując się w swoje odbicie. Nawet nie myślałem o tym, by gdzieś pójść, bo przecież kazano mi tutaj czekać...
- Hej, mały, to twój kot próbował się utopić w fontannie? - usłyszałem głos, a zaraz potem przed moimi oczami pojawiła się ręka trzymająca za kark przemokniętego Jun'a.
Rzuciłem się na kota i zacząłem go wycierać rękawami swojej koszulki. Kiedy był już względnie suchy, odwróciłem się błyskawicznie, tak, że niemal sam prawie zaznałem kąpieli. W polu mojego widzenia pojawił się czyjś brzuch. Zadarłem głowę do góry.
- Co mu zrobiłeś? - krzyknąłem na czarnowłosego chłopaka, który z założonymi rękami przyglądał mi się z nieodgadnioną miną.
Akise?
czwartek, 30 czerwca 2016
Subskrybuj:
Posty (Atom)
